czwartek, 4 września 2014

Luluwa w trasie

Za nami pierwszy dzwonek i pierwsze wrażenia. Plan dnia, schemat działania wciąż gdzieś tam układam w swojej głowie, próbując dostosować się do szkoły i potrzeb naszej bandy. Zmienia się wszystko a moją rolą jest dostosować się do tych zmian. Dzieci nie muszą. Im wszystko pasuje. 

Droga do szkoły ... teoretycznie to pestka. Mamy może z 300 metrów. Rzut beretem, prawda? Czas? Około godziny :D Chłopców nie zostawię, a że to wrogowie wózkowych wynalazków drepczemy sobie tak stopa za stopą, patyczek za patyczkiem, kamyczek za kamyczkiem, podziwiając po drodze żuczki, mrówki, ślimaczki i wszelakie inne tatałajstwa, które zechcą w czasie naszego przemarszu pokazać się chłopcom. O zawał serca przyprawia mnie każdy przejeżdżający pojazd cztero- i dwukołowy. O ile zwykłe auta są tylko skwitowane słowami "mama, auto", to im większy kaliber, tym większa jest euforia chłopców, i głośniej są wykrzykiwane nazwy pojazdów. Mama! Luluwa! Mama! Klaktol! Mama!!!!! Kopala!!!!! I skaczą na poboczu wskazując palcami na zbliżające się cudo, podskakują w pełni szczęścia nie bacząc na to, że zbliżają się coraz bliżej do jezdni. Ćwiczę więc szybkość reakcji, łapanie w biegu, sprint, loty nad przepaścią (krawężnikiem) i inne umiejętności konieczne do odbycia małego spaceru w kierunku szkoły. 


Ćwiczę też cierpliwość,  bo każdy taki pojazd odprowadzany jest przez załogę wzrokiem aż do zakrętu, i nie ma wtedy opcji, by któryś z kawalerów choć kroczek poczynił w stronę placówki szkolnej. W końcu dochodzimy do szkoły. Olę i Roksankę co chwila stopując, próbuję Jankowi zasłonić plac zabaw, Oskara zaś muszę przekonywać, że nikt go nie ugryzie, nikt mu krzywdy nie zrobi i nikt go w szkole samego nie zostawi. Im bliżej drzwi, tym bardziej się zapiera, próbując zawrócić mnie sprzed tegoż strasznego budynku, ku któremu kierujemy swe kroki. Wchodzimy i tu jest już z górki. No, prawie. Ola zaprowadzona do sali przedszkolnej przebiera swe buty. Chłopcy nie przebierają. Oni na wejściu już zrzucają obuwie, by w ekspresowym tempie zaanektować dla siebie jak największą liczbę zabawek, nawet, jeżeli mają już właścicieli. Przede mną wizja aromatycznej kawy, pysznego, spokojnie zjedzonego śniadania, ale to kiedyś ... jak skończą się bawić i uda nam się bezpiecznie doczłapać do domu. Już widzę, jak w przyszłym roku zasilają przedszkolne mury ... będę chyba musiała już teraz obkupić się w zapas melisy. Nie dla siebie, ale dla Pań  nauczycielek, bo jak nic, z moją trójką, zejdą kiedyś na zawał. A że źle im nie życzę, to czas już szykować dodatkową wyprawkę dla Pań. Po udanym wyjściu z placówki szkolnej pozostają jeszcze negocjacje na temat placu zabaw, którego wejście na wprost drzwi wejściowych jest nie do ukrycia przed łobuzami.  Czasem uda się bez wojny, czasem wynoszę kogoś pod pachą, ot, takie tam drobne niesnaski nie popsują nam przecież humorów. 


Powrót wygląda podobnie do drogi do szkoły. Do ogarnięcia co prawdę o dwoje dzieci mniej, ale wciąż te autobusy, wciąż te koparki, traktory i żuczki, ślimaczki, patyczki, kamyczki ... jesteśmy w domu. Siadam z kawą, przede mną śniadanie, za plecami czuję powiew wiatru
- Co robicie? 
- Mama! Do koły! Olunia! Ana! Oć! 

I tak z dziesięć razy, aż do momentu, w którym zarządzam wyjście po odbiór dziewczynek. Szał, bieganie, szukanie butów, spodni, pierwsze modowe fochy ... idziemy. Przede mną wizja pertraktacji na placu zabaw. Z czwórką. 

Ja wiem, że ostrość nie tu, że to nie tak powinno być, ale spórzcie na ten uśmiech. I jak ja mam pertraktować, gdy sama huśtawka wywołuje u nich taką radość? :P 

Chyba zajdę do sklepu po melisę.
Dla siebie. 

14 komentarzy:

  1. Kochana ja mam dwójkę i prowadzę na razie pierwszoklasistę tylko,ale każda droga jest męcząca ,bo mój 3 latek wiecznie ryczy i wiecznie mu coś nie pasuję i tak dłuży się nam a mamy 850 metrów do szkoły.Kiedyś zejdę na zawał przez tą ranną nerwówkę:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz Kochana niezłe przeboje w obie strony szkoła/dom. U nas czasem było wesoło, jak Ksawka prowadziłam do zerówki z Patryniem, to Patrynio czasem coś też odwalił, ale teraz o dziwo - nie chcę zapeszać, na razie moja dwójka z chęcią i bez oporów maszerują do szkoły :) Patryka jeszcze tylko jutro ja zawożę i odbiorę a od poniedziałku będzie z Ksawkiem autobusem jeździł - to będę znów cały tydzień przeżywała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja nie wiem co gorsze :) Codzienne prowadzenie, czy stres, że pojechali :D

      Usuń
    2. Podejrzewam, że bardziej to, że będą jeździć sami :)

      Usuń
  3. Pamiętam, jak miałam te 6 lat i chodziłam do tej szkoły/przedszkola. Chłopaki szli sami i mnie zostawiali, żebym poszła z ich mamą. Po zajęciach często wchodziłam na matematykę.. żeby rysować po tablicy kolorowymi kredami :P Wakacje w szkole też były fajne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkie dzieci na zdjęciach wyglądają słodko, uroczo, cudnie..;) (myślałam, że tylko moje takie pozory stwarzają :p ) a "walka" o to kto rządzi wciąż trwa ;)
    Podziwiam Cię :) wiem wiem już to pisałam ;)
    Macie fajnie taką ekipą :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Uśmiecham się :)
    Zatem, jeżeli ktokolwiek chce (a nie potrafi tak sam z siebie) doprowadzić do tego, aby nauczyć się każdy spacer traktować jak super wyprawę pełną przygód to jest prosta metoda. Po prostu należy posiadać odpowiednią ilość dzieci :)
    (co najmniej trzy sztuki oczywiście ;), a cztery tylko zwiększa atrakcyjność ;), a więcej ... ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak :) Nic na szybko, wszystko z uśmiechem na ustach i odpowiednią dawką dystansu do siebie. Jak bym miała się denerwować dwa razy dziennie codziennie, to bym po tygodniu wylądowała w wariatkowie :D
      A tak, luz, blues, i portki od błota ;)

      Usuń
  6. Z taką ekipą nie da się nudzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie :) Poranna gimnastyka zaliczona już z rana ;)

      Usuń

Cieszę się z każdych odwiedzin, z każdego komentarza. Zapraszam Was do siebie licząc po cichu, że spodoba Wam się w naszym małym magicznym świecie :)