.

.

Szukaj na blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po porodzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po porodzie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2013

Noworodek Pacjentem

Przeglądając dziś FB, zauważyłam, że kilka osób udostępniło informację że wezmą udział w wydarzeniu "Noworodek Pacjentem". 

 Akcja kręci się głównie wokół szczepienia dzieci (prowadzi ją stowarzyszenie STOP-NOP) ale nie tylko. 

Problemem traktowania kobiet po porodzie i noworodków od wielu lat zajmuje się fundacja "RODZIĆ PO LUDZKU".   O problemie pisze np.  Niedoskonała Mama. Ciekawe komentarze pojawiły się na blogu POŁOŻNA, i to one tak naprawdę pokazują że jest problem z opieką nad noworodkami, że jest coś nie tak. 

To, że np. zgoda na  pierwsze szczepienie (np. w przypadku mam z HBS dodatnim) jest pobierana przed porodem jest zrozumiałe. Ale zaskoczyła mnie informacja, że żeby dokarmiać dziecko również potrzebna jest zgoda. I nie jest to niestety wszędzie egzekwowane. To samo tyczy się obecności rodziców przy zabiegach, na które zabierane są nasze maluszki po porodzie. 

Powiedzcie, pytał was ktoś, czy wyrażacie zgodę na dokarmianie?
Zapraszał rodziców, żeby uczestniczyli w zabiegach, badaniach, wykonywanych maluszkom po porodzie?
W wielu szpitalach te prawa może i są przestrzegane,
 a powyższy problem zdaje się być rozdmuchany i zbędny. 
Niestety, nie wszędzie tak jest. 

Powiem szczerze. 
Ja moich chłopców nie dostałam po porodzie przez prawie pięć godzin.
Ba, nie dali mi nawet przytulić chłopców na sali poporodowej. Oskarek, który urodził się jako drugi,  urodził się z widoczną przepukliną mosznową i obu chłopców zaraz po porodzie zabrano, celem dokładnego przebadania. Lekarze bali się, że "może być jeszcze coś". Ale brakowało mi tego przytulenia, brakowało tej pierwszej chwili, dotyku, pocałunku złożonego na główce dopiero urodzonych chłopców. 

Po tych pięciu godzinach w końcu przywieźli chłopców na salę. 
Przywieźli mi oczywiście nakarmionych chłopców - kolejny zgrzyt! Bo tak bardzo czekałam, żeby móc ich pierwszy raz nakarmić, spróbować karmić dwójkę, zobaczyć, czy poradzimy sobie z jednoczesnym karmieniem dwójki maluszków ... i musiałam czekać, aż chłopcy ponownie zgłodnieją. 

Nie powiem, że było tylko źle. Położne bardzo pomogły mi w nauce jednoczesnego karmienia. Instruowały, podpowiadały, zachęcały, ba! Dostałam nawet na salę duży, wygodny fotel, który miał mi pomóc w przystawianiu chłopców do piersi. 

Kolejny zgrzyt pojawił się wieczorem. Gdy wyszłam z pod szybkiego prysznica, chłopców nie było na sali!
Powiem szczerze, że się przeraziłam. Poszłam więc szybko na oddział neonatologi zapytać, co się dzieje!
Drzwi były zamknięte, jednak po naciśnięciu dzwoneczka wyszła do mnie pielęgniarka, która powiedziała mi, że tą noc chłopcy spędzą na oddziale, celem obserwacji. 
A ja mam się wyspać. 

Zrezygnowana, obolała, wykończona porodem, zgodziłam się. 
Nie miałam siły na kłótnie, nie miałam ochoty wszczynać awantury. 
W sumie, to nawet zdziwiona byłam ich troską o mój dobry sen, 
o wypoczynek po porodzie. Ha! Ale jak tu zasnąć? Zamiast oddać się błogiemu nic nierobieniu, wypoczywać, zbierać siły po porodzie leżałam i nasłuchiwałam, 
czy z oddziału nie dochodzi płacz dzieci. Martwiłam się! Chciałam mieć dzieci obok! Chciałam móc zasnąć z przeświadczeniem, że moje maluszki są ze mną! 

O pierwszej w nocy, wciąż nie zasnąwszy, poszłam po moje dzieciaczki. "Uratowałam ich" przed kolejną porcją mieszanki, bo akurat trafiłam na moment karmienia i już zaraz miały i moje urwisy swoją porcyjkę mieszanki dostać, zażyczyłam sobie dostawy głodnych! dzieci do sali i dopiero gdy sama ich nakarmiłam,  gdy spali w swoich łóżeczkach, gdy mogłam patrzyć jak błogo śpią, zasnęłam. W końcu, spokojna, usnęłam. 

Takich zgrzytów było jeszcze kilka. Pielęgniarki zabierały chłopców na badania pod moją nieobecność, musiałam dopytywać gdzie, po co i w jakim celu ich zabierają ... w końcu powiedziałam pani ordynator oddziału, że nie życzę sobie takich praktyk. 

Chciałam wiedzieć! Wiedzieć jakie badania przechodzą, jakie są ich wyniki, chciałam to wiedzieć na bieżąco, a nie na obchodzie. Z prośbą o dokarmianie poszłam raz, gdy widziałam, że chłopcy od trzech godzin siedzą przy piersi i wciąż są głodni. Później radziłam już sobie sama. 

Przy badaniach dzieci nie byłam. Ale pielęgniarki z oddziału miały dobre wytłumaczenie - bo kto zostanie z drugim dzieckiem? Tu też wyłamałam się raz. Gdy Oskarka zabrano na badanie serduszka i druga godzina mijała jak go nie było byłam już takim strzępkiem nerwów, że zostawiłam nakarmionego Janka w sali i poszłam sprawdzić co się dzieje. Powiem szczerze, że na neonatologi czułam się jak intruz. Miałam wrażenie, że nie jestem tu mile widziana, zostałam jednak do końca badania. Zażyczyłam sobie tylko, by jedna z pielęgniarek zaglądała co chwilę do Janka i zostałam.  

Nie mogę powiedzieć, że opieka w szpitalu była zła.
Nękałam wszystkich pytaniami,  każda moja wątpliwość musiała zostać rozwiana i w tym przypadku o dziwo zrozumieniem wykazali się lekarze z największym doświadczeniem, w tym pani Ordynator, która sama przychodziła do mnie, która pokazywała mi jak odprowadzać jelita z worka mosznowego, uczyła, kiedy interweniować, w jaki sposób to robić by jelita nie uwięzły i bez złego słowa przychodziła, gdy nie mogłam sobie poradzić, gdy nie mogłam mojemu skarbowi pomóc. 

Wiem, że ten problem nie dotyczy wszystkich szpitali, że są takie, w których noworodek traktowany jest jak mały pacjent, gdzie rodzice nie muszą domagać się poszanowania jego praw, bo tam, jest to normą. 
Mam tylko cichą nadzieję, 
że już niedługo 
normą będzie to dla wszystkich. 

A jak było u was? Czy pytali was o zdanie? 
Czy pozwalali na uczestniczenie przy badaniach? 
Czy pobierali od was zgodę na dokarmianie? 
Czy byliście informowane o szczepieniach jakie dziecko dostaje? 
Czy Wasz maluszek był traktowany jak
 PRAWDZIWY PACJENT?





czwartek, 25 kwietnia 2013

Pierwsza lekcja macierzyństwa

Zator chyba powoli mija, a mnie znów wzięło na wspomnienia. 
Przypomniały mi się początki karmienia. 

Zauważyłam, że bardzo często mamy karmiące maleństwa butelką są postrzegane jako te gorsze
. Wiele osób uważa, że mniej kochają, mniej się starają, są egoistyczne i dobro dziecka mają gdzieś
. Ja karmię piersią, ale mamy karmiące butelką doskonale rozumiem. 
Super poradniki mówią, że karmić może każda mama, każda jest w stanie, 
tylko nie wszystkim się chce powalczyć o dobro maluszka, poćwiczyć i karmienie samo przyjdzie. 
Może i przyjdzie. 
Tak samo jak mówią że smoczki są złe, osłonki są złe, dokarmianie jest złe.
 Czy zawsze? I czy na pewno?
Pozwólcie, że opowiem, jak to u mnie z tym karmieniem było ...

Gdy Roksaka przyszła na świat, bardzo się bałam pierwszego karmienia. 
Miałam czego. 
Na skutek dwóch operacji wycięcia włóknakogruczolaków moje sutki były wklęsłe, 
nie było za co złapać, nie było czego kruszynce do buźki przystawić. 
Byłam pewna, że nie dam rady karmić. 
Jednak położne nie pytały mnie o zdanie. Przyszły raz. 
Na siłę wsadziły malutkiej do buźki kawałek mojej piersi. Zaczęła ciągnąć - poszły.
 To była ich pomoc. Po porodzie leżałam na osobnej sali - na septycznym. 
Żeby porozmawiać z kimś, zapytać, musiałam minąć całą ginekologię, patologię ciąży
 i dopiero tam, na poporodowym, na drugim końcu dłuugiego korytarza mogłam o pomoc i poradę poprosić. Jednak pielęgniarki z ginekologii na spacery nie pozwalały. Miałam być przy dziecku.
 Miałam dbać, by moje dziecko nie przeszkadzało innym pacjentom. 
Fajnie.

  Roksanka urodziła się o 14,00. 
Około 20 poszłam poprosić pielęgniarkę z ginekologii o wezwanie do mnie położnej.
 Nie mogłam przystawić Roksanki do piersi. Nie przyszła. 
Malutka, wymęczona płaczem - zasnęła. Około 22 poszłam po raz drugi. 
Nowa zmiana, nowa pielęgniarka, przyszła sama. 
Znów wsadziła moją pierś do buźki malutkiej i kazała tak siedzieć. 
"Co potrzeba  to sobie wyciamka mała." 
Nie wyciamkała. 
Około północy chciałam iść sama. 
Cofnęła mnie mówiąc że zaraz zadzwoni ... dzwoniła dwa razy. 
Nikt nie przyszedł. 
Moje maleństwo, pierwszy dzień na świecie, głodne leżało obok mnie i płakało. 
Zanosiło się. Z głodu. Ja czekałam. 
Nieprzytomna ze zmęczenia, z zawrotami głowy, na uginających się nogach o 4 nad ranem włożyłam malutką w "łóżeczko" i wyszłam z nią na korytarz. 
Nie ważne dla mnie były przeciągi, bakterie, wirusy, ciszę nocną miałam w dupie. 
Nie myślałam o tym w ogóle. 
Obudziłam całą ginekologię. 
Pielegniarka wyskoczyła zaspana ze swojej kanciapy. 
Kazała wracać.
 "Nie. Nie wrócę. Moje dziecko jest głodne! Nie jadło od 20. Nie mogę przystawić". 
Stałam i darłam się na korytarzu zanosząc się razem z malutką od płaczu.
  Pielęgniarka nie puściła mnie dalej, ale przy mnie zadzwoniła po lekarkę. 
Powiedziała, że wpadłam w histerię. 
Pani doktor była u mnie może po minucie. Z mlekiem. 
Nakarmiła malutką i poszła. Po drodze zwymyślała pielęgniarkę. Mają informować. 
Po pół godzinie przyszła znowu. 
Roksanka spała, ja siedziałam jeszcze chlipiąc pod nosem i patrząc na moje nakarmione sztucznie dzieciątko. Byłam wściekła, że nikt mi nie chce pomóc, nikt nie chce poradzić. 
Byłam wściekła a moje piersi, na moje ciało na samą siebie. Dostałam jakąś tabletkę. 
Wiem, że było już jasno gdy udało mię zasnąć. To była pierwsza próba. 
Pierwsza bolesna lekcja macierzyństwa.
 Lekcja samotności. 
Bo będąc tam w szpitalu, gdzie niby taka opieka i lekarze, pielęgniarki, położne  byłam sama.
 Rano przyszła kolejna zmiana. Myślicie że przyszły z mlekiem? 
Nie. 
Dowiedziałam się że każda kobieta ma karmić piersią.
 Gdy powiedziałam że nie mogę, nie daję rady położna obejrzała moje piesi i zapytała z wyrzutem gdzie ja mam sutki. Gdzie mam sutki. 
Kazała natychmiast zadzwonić do męża żeby kupił i przywiózł mi kapturki. 
Mąż przyjechał tak szybko jak mógł, przywiózł kapturki. 
Udało się. W końcu się udało. Nakarmiłam moje dziecko.
 Gdy pod wieczór przyszła kolejna zmiana, znowu zostałam zwymyślana, za fanaberie. 
Mam karmić piersią, a nie przez gumę.
 Znowu przystawianie na siłę, znowu psioczenie na moje piersi,  że co one takie, że to nienormalne. Pamiętam to do dziś.
 Gdy tylko wyszła z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i z uczuciem wyższości malującym się na twarzy - bo udało się włożyć pierś do buźki - wyjęłam moje kapturki. 
Już wiedziałam że nie mogę ich słuchać. 
Karmiłam przez nie, a gdy słyszałam na korytarzu zbliżające się kroki chowałam je i przerywałam karmienie. Malutka chyba rozumiała bo i nie buntowała się zbytnio. 
Patrzyła tylko na mnie swoimi pięknymi oczkami, czekając aż minie inspekcja. 
Trzeciego dnia, w mojej sali zjawił się położnik.
 Tak - mężczyzna,
 chciał zobaczyć, jak sobie radzę. 
Gdy wyjęłam pierś chcąc przystawić malutką zerknął tylko i wyszedł. 
Wrócił po chwili z obciętą z jednej strony strzykawką. 
Powiedział jak ćwiczyć sutki, ze da się je wyciągnąć, muszę tylko ćwiczyć. 
A póki co zalecił karmienie przez kapturki i próby przystawiania bez nich. 
Bez zbędnych komentarzy, bez mieszania mnie z błotem, spokojnie i życzliwie zaczął tłumaczyć co  jak. Zapytał również kiedy kąpano Roksankę. 
Kąpano? 
Nikt nie kąpał mojego dziecka.
 To on pierwszy zainteresował się nami na prawdę. 
Wykąpał malutką, powiedział jak, pokazał, poradził jak dbać o pempuszek. 
Tego samego dnia wieczorem puścili mnie do domu. 
Tego położnika widziałam tylko raz w życiu - wtedy gdy do nas przyszedł. 
Ale pamiętam go do dziś. 
To dzięki niemu, po trzech miesiącach udało mi się przystawić Roksankę do piersi bez osłonek. 
To dzięki niemu uwierzyłam, że jednak mogę dać radę jako mama. 

Jednak te dni na długo zapadły mi w pamięć. 
Roksanka niedługo będzie miała pięć lat, a jeszcze   teraz, gdy piszę tego posta, 
obrazy jak żywe stają mi przed oczami.
 Każdy dzień, każda chwila, każdy moment w tym przeklętym szpitalu wryły mi się w pamięć na zawsze. 

Dla tych dziewczyn, które mają jeszcze wszystko przed sobą mam tylko jedną radę. 
Dowiadujcie się o swoje prawa i walczcie o nie. 
Dla dobra waszego i waszych dzieci.