Długo przymierzałam się do napisania tego posta. Czasami trudno ubrać w słowa własne myśli. Czasami dzieje się coś, co cofa nas o parę kroków w tył. Czasami trzeba powiedzieć sobie STOP. Przystanąć, pomyśleć nad celem, i realną potrzebą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karminie piersią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karminie piersią. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
poniedziałek, 15 lipca 2013
Noworodek Pacjentem
Przeglądając dziś FB, zauważyłam, że kilka osób udostępniło informację że wezmą udział w wydarzeniu "Noworodek Pacjentem".
Akcja kręci się głównie wokół szczepienia dzieci (prowadzi ją stowarzyszenie STOP-NOP) ale nie tylko.
Problemem traktowania kobiet po porodzie i noworodków od wielu lat zajmuje się fundacja "RODZIĆ PO LUDZKU". O problemie pisze np. Niedoskonała Mama. Ciekawe komentarze pojawiły się na blogu POŁOŻNA, i to one tak naprawdę pokazują że jest problem z opieką nad noworodkami, że jest coś nie tak.
Problemem traktowania kobiet po porodzie i noworodków od wielu lat zajmuje się fundacja "RODZIĆ PO LUDZKU". O problemie pisze np. Niedoskonała Mama. Ciekawe komentarze pojawiły się na blogu POŁOŻNA, i to one tak naprawdę pokazują że jest problem z opieką nad noworodkami, że jest coś nie tak.
To, że np. zgoda na pierwsze szczepienie (np. w przypadku mam z HBS dodatnim) jest pobierana przed porodem jest zrozumiałe. Ale zaskoczyła mnie informacja, że żeby dokarmiać dziecko również potrzebna jest zgoda. I nie jest to niestety wszędzie egzekwowane. To samo tyczy się obecności rodziców przy zabiegach, na które zabierane są nasze maluszki po porodzie.
Powiedzcie, pytał was ktoś, czy wyrażacie zgodę na dokarmianie?
Zapraszał rodziców, żeby uczestniczyli w zabiegach, badaniach, wykonywanych maluszkom po porodzie?
W wielu szpitalach te prawa może i są przestrzegane,
a powyższy problem zdaje się być rozdmuchany i zbędny.
Niestety, nie wszędzie tak jest.
W wielu szpitalach te prawa może i są przestrzegane,
a powyższy problem zdaje się być rozdmuchany i zbędny.
Niestety, nie wszędzie tak jest.
Powiem szczerze.
Ja moich chłopców nie dostałam po porodzie przez prawie pięć godzin.
Ba, nie dali mi nawet przytulić chłopców na sali poporodowej. Oskarek, który urodził się jako drugi, urodził się z widoczną przepukliną mosznową i obu chłopców zaraz po porodzie zabrano, celem dokładnego przebadania. Lekarze bali się, że "może być jeszcze coś". Ale brakowało mi tego przytulenia, brakowało tej pierwszej chwili, dotyku, pocałunku złożonego na główce dopiero urodzonych chłopców.
Po tych pięciu godzinach w końcu przywieźli chłopców na salę.
Przywieźli mi oczywiście nakarmionych chłopców - kolejny zgrzyt! Bo tak bardzo czekałam, żeby móc ich pierwszy raz nakarmić, spróbować karmić dwójkę, zobaczyć, czy poradzimy sobie z jednoczesnym karmieniem dwójki maluszków ... i musiałam czekać, aż chłopcy ponownie zgłodnieją.
Nie powiem, że było tylko źle. Położne bardzo pomogły mi w nauce jednoczesnego karmienia. Instruowały, podpowiadały, zachęcały, ba! Dostałam nawet na salę duży, wygodny fotel, który miał mi pomóc w przystawianiu chłopców do piersi.
Kolejny zgrzyt pojawił się wieczorem. Gdy wyszłam z pod szybkiego prysznica, chłopców nie było na sali!
Powiem szczerze, że się przeraziłam. Poszłam więc szybko na oddział neonatologi zapytać, co się dzieje!
Drzwi były zamknięte, jednak po naciśnięciu dzwoneczka wyszła do mnie pielęgniarka, która powiedziała mi, że tą noc chłopcy spędzą na oddziale, celem obserwacji.
A ja mam się wyspać.
Zrezygnowana, obolała, wykończona porodem, zgodziłam się.
Nie miałam siły na kłótnie, nie miałam ochoty wszczynać awantury.
W sumie, to nawet zdziwiona byłam ich troską o mój dobry sen,
o wypoczynek po porodzie. Ha! Ale jak tu zasnąć? Zamiast oddać się błogiemu nic nierobieniu, wypoczywać, zbierać siły po porodzie leżałam i nasłuchiwałam,
czy z oddziału nie dochodzi płacz dzieci. Martwiłam się! Chciałam mieć dzieci obok! Chciałam móc zasnąć z przeświadczeniem, że moje maluszki są ze mną!
Nie miałam siły na kłótnie, nie miałam ochoty wszczynać awantury.
W sumie, to nawet zdziwiona byłam ich troską o mój dobry sen,
o wypoczynek po porodzie. Ha! Ale jak tu zasnąć? Zamiast oddać się błogiemu nic nierobieniu, wypoczywać, zbierać siły po porodzie leżałam i nasłuchiwałam,
czy z oddziału nie dochodzi płacz dzieci. Martwiłam się! Chciałam mieć dzieci obok! Chciałam móc zasnąć z przeświadczeniem, że moje maluszki są ze mną!
O pierwszej w nocy, wciąż nie zasnąwszy, poszłam po moje dzieciaczki. "Uratowałam ich" przed kolejną porcją mieszanki, bo akurat trafiłam na moment karmienia i już zaraz miały i moje urwisy swoją porcyjkę mieszanki dostać, zażyczyłam sobie dostawy głodnych! dzieci do sali i dopiero gdy sama ich nakarmiłam, gdy spali w swoich łóżeczkach, gdy mogłam patrzyć jak błogo śpią, zasnęłam. W końcu, spokojna, usnęłam.
Takich zgrzytów było jeszcze kilka. Pielęgniarki zabierały chłopców na badania pod moją nieobecność, musiałam dopytywać gdzie, po co i w jakim celu ich zabierają ... w końcu powiedziałam pani ordynator oddziału, że nie życzę sobie takich praktyk.
Chciałam wiedzieć! Wiedzieć jakie badania przechodzą, jakie są ich wyniki, chciałam to wiedzieć na bieżąco, a nie na obchodzie. Z prośbą o dokarmianie poszłam raz, gdy widziałam, że chłopcy od trzech godzin siedzą przy piersi i wciąż są głodni. Później radziłam już sobie sama.
Przy badaniach dzieci nie byłam. Ale pielęgniarki z oddziału miały dobre wytłumaczenie - bo kto zostanie z drugim dzieckiem? Tu też wyłamałam się raz. Gdy Oskarka zabrano na badanie serduszka i druga godzina mijała jak go nie było byłam już takim strzępkiem nerwów, że zostawiłam nakarmionego Janka w sali i poszłam sprawdzić co się dzieje. Powiem szczerze, że na neonatologi czułam się jak intruz. Miałam wrażenie, że nie jestem tu mile widziana, zostałam jednak do końca badania. Zażyczyłam sobie tylko, by jedna z pielęgniarek zaglądała co chwilę do Janka i zostałam.
Nie mogę powiedzieć, że opieka w szpitalu była zła.
Nękałam wszystkich pytaniami, każda moja wątpliwość musiała zostać rozwiana i w tym przypadku o dziwo zrozumieniem wykazali się lekarze z największym doświadczeniem, w tym pani Ordynator, która sama przychodziła do mnie, która pokazywała mi jak odprowadzać jelita z worka mosznowego, uczyła, kiedy interweniować, w jaki sposób to robić by jelita nie uwięzły i bez złego słowa przychodziła, gdy nie mogłam sobie poradzić, gdy nie mogłam mojemu skarbowi pomóc.
Wiem, że ten problem nie dotyczy wszystkich szpitali, że są takie, w których noworodek traktowany jest jak mały pacjent, gdzie rodzice nie muszą domagać się poszanowania jego praw, bo tam, jest to normą.
Mam tylko cichą nadzieję,
że już niedługo
normą będzie to dla wszystkich.
Wiem, że ten problem nie dotyczy wszystkich szpitali, że są takie, w których noworodek traktowany jest jak mały pacjent, gdzie rodzice nie muszą domagać się poszanowania jego praw, bo tam, jest to normą.
Mam tylko cichą nadzieję,
że już niedługo
normą będzie to dla wszystkich.
A jak było u was? Czy pytali was o zdanie?
Czy pozwalali na uczestniczenie przy badaniach?
Czy pobierali od was zgodę na dokarmianie?
Czy byliście informowane o szczepieniach jakie dziecko dostaje?
Czy Wasz maluszek był traktowany jak
PRAWDZIWY PACJENT?
wtorek, 9 lipca 2013
I znowu te ząbki ...
Wczoraj pochwaliwszy moich łobuziaków, dziś ponarzekać na nich muszę
Czemu?
Wraca do nas temat ząbków, boleśnie, marudnie i niezbyt niestety przyjemnie.
Zwłaszcza dla innych. Zwłaszcza dla mnie samej.
Chłopcy upodobali sobie niestety porę karmienia, jako dobry sposób na masaż dziąsełek.
Nie było by w tym nic złego, gdyby nie te dwa dolne ząbki, którymi patrząc mi w oczy wpijają się bezlitośnie, wgryzają i trzęsąc główką ciągną w swoją stronę.
Był już moment, że myślałam że wyjdą kolejne,
że będzie chwila spokoju,
ale ustała na jakiś czas ich płaczliwość i potrzeba gryzienia w kółko wszystkiego, co popadnie,
by teraz powrócić ... ze zdwojoną siłą niestety.
Wczoraj oberwałam tak mocno,
tak mocno Oskar mnie ugryzł,
że obrażona odmówiłam podania mu piersi i przez pół godziny okład robiłam, próbując krwawienie zatamować. Nie było mi do śmiechu.
Pierś cała z bólu pulsowała, a od dołu rana, na dwa zęby szeroka, krwawiąca, boląca jak diabli.
Jemu też nie było, bo mleka nie chciał, stał obok mnie, płacząc, ręce wyciągając, bo chce ...
Nie dałam, dopóki krew leciała, nie dałam.
Potraktowałam dentinoxem, potraktowałam ibupromem,
siebie jedynie zimnym okładem traktując
i gdy Oskar uspokoił się w końcu, a ja ranę do przyzwoitości doprowadziłam
ze strachem i obawą z powrotem do piersi przystawiłam.
Tym razem było dobrze.
Musiało go boleć, wiem, rozumiem że ząbkowanie to bolesna sprawa, ale gryźć siebie też nie pozwolę.
Nie tak, nie w ten sposób.
Zwłaszcza że chłopcy doskonale rozumieją, że niektórych rzeczy po prostu nie mogą.
Inna sprawa że i tak próbują, ale wiadomo, że na wszystko potrzebny jest czas.
W tej walce z ząbkami mamy nowego sprzymierzeńca.
Jest z nami od trzech tygodni.
O czym mowa?
To nowy gryzak, który otrzymałam od firmy MAM Baby do przetestowania.
Jesteście ciekawi jak się sprawdza?
Czy radzi sobie z bolącymi dziąsełkami?
Czy pomaga?
Czy chłopcy go lubią?
Zapraszam TUTAJ!
Wszystkiego się dowiecie:)
niedziela, 16 czerwca 2013
Zmiany
Zmiany, zmiany, ciągłe zmiany ... zmianę wizualną na blogu pewnie już zauważyliście.
Zresztą, na blogu co chwila coś zmieniam :)
Taka już jestem, w domu też wciąż coś przestawiam, z nadzieją,
że akurat tak będzie najlepiej ... na jakiś czas oczywiście .
W życiu też ciągłe zmiany.
Moi chłopcy mają już po dwa ząbki każdy.
Sądząc po ilości ugryzień, ukąszeń, szarpnięć (z zaciśniętymi na moich brodawkach ząbkami) próbują wyjść kolejne.
Co to oznacza dla mnie?
Mniejsza z płaczem, mniejsza z marudzeniem, z tym że są niespokojni, że chcą być wciąż na rękach.
Mniejsza z tym wszystkim.
Ale czas już powoli odstawiać ich od piersi.
Może, do roczku mi się uda, może nie ... ale będę próbowała.
Nie chcę ich zmuszać do picia mleka z butelki, czego póki co nie cierpią,
ale chcę ich do tego zachęcić.
Powód jest prosty, egoistyczny, jedyny.
Nie wyrabiam.
Jestem ciąż nieprzytomna, niespokojna, nerwowa.
Ich dwa karmienia nocne, dla mnie oznaczają co najmniej cztery pobudki nocą.
A karmień często jest więcej.
Nie liczę tu pobudek po godzinie czwartej rano (bo to już rano jest).
W dzień jest coraz lepiej.
Coraz więcej posiłków mlecznych zastępuję normalnym jedzeniem.
Także drugie śniadanie, obiadek i kolację (pierwszą) staram się podawać im w formie innej niż moja pierś. Staram się, bo póki co, ulubionym posiłkiem chłopców jest nadal mleko mamy.
I nie było by w tym nic złego, gdyby nie ciągłe podgryzanie, szarpanie, drapanie i szczypanie moich piersi.
Nie było by nic złego, gdyby chcieli od czasu do czasu butelki spróbować, żeby mogła mama na dłużej niż godzinę, dwie, brzdąców z innymi zostawić.
Gdybym mogła odpocząć.
Choć trochę.
Choć chwilę.
Ależ się rozmarzyłam :)
Ale nic to.
W sumie to miałam o czymś innym pisać.
O gościach miałam pisać.
Gościach, którzy zapowiadają się i nie przyjeżdżają.
Też Wam to cały dzień rozbija?
Mi tak, zwłaszcza jeżeli nie mówią że nie przyjadą,
tylko po prostu nie przyjeżdżają informując o tym po godzinie od momentu, w którym powinni przekroczyć próg mieszkania i tylko dlatego, że dzwonię i pytam kiedy będą.
Życie.
Kiśniemy więc w domu,
za oknami szaruga a w telewizji pingwiny z Madagaskaru :)
| Moje Kochane Gryzonie :) |
wtorek, 7 maja 2013
Z mrówką w kieszeni
Kocham Wiosnę!
Bardzo kocham Wiosnę!
To zdecydowanie moja ulubiona pora roku.
Nie jest za ciepło, nie jest za zimno,
słonko grzeje, wokół słychać świergot ptaków ...
jest pięknie!
Nie zraża mnie to,
że Janek płaczliwy cierpi bo nie che mu wyjść ząbek,
nie zraża mnie gorączka Oluni która dziś ją napadła
i opuścić nie chce,
nie zraża polowanie Oskara na wszystkie kamyki i gałązki,
które zacięcie próbuje do buźki sobie wsadzić.
Nie zraża mnie nic.
No może oprócz stanu konta w banku - ale tam po prostu nie patrzę i póki nie muszę - nie myślę.
Ale tak to jest.
ZUS już o mnie dawno zapomniał,
a GOPS jeszcze ma czas,
a co.
Im się nie spieszy.
Ale nic to!
Dziś mówię - mam to gdzieś!
Jakaś moc mnie napadła - jakieś opętanie!
Siedziałabym od rana do wieczora w ogródku,
kopała, trawę rwała, pokrzywy przeklęte z ziemi wyciągała, mrowiska wszelakie w ogrodzie znalezione niszczyła
(bo mrówki są tym, czego matka się boi najbardziej, bo uczulona jest niestety).
Złośliwe bestie czają się,
czyhają na mnie w tym roku pod każdym kamieniem,
pod każdym krzaczkiem!
Są wszędzie!
Czarne, czerwone, malutkie i te większe, czyhają by mnie dopaść, by nie postrzeżenie wdrapać się do kalosza,
pod rękawice,
w nogawkę spodni
i kąsać i gryźć i męczyć
- powodując u mnie ból okropny i opuchliznę wielką krwiście czerwoną, gorącą, palącą wręcz skórę.
Ale nie dam im się!
O nie!
Zna ktoś jakiś humanitarny sposób by pozbyć się owych z mego ogrodu? Piszcie, proszę! Błagam wręcz, klękając na klawiaturę i głową bijąc o monitor.
Jak uda mi się cyknąć fotkę,
to pokażę Wam innych moich ogrodowych domowników.
Jaszczurki.
Kocham je miłością platoniczną,
uwielbiam na nie patrzeć, obserwować,
ale łatwe to nie jest,
bo szybkie i zwinne spryciule przemykają szybciutko pomiędzy trawami i kamieniami chowając się przed wścibskimi oczami.
Są z nami odkąd pamiętam i mam nadzieję,
że będą z nami zawsze.
Czas spać.
Chłopcy nakarmieni śpią u nas w łóżku,
nie wiem, może uda się ich wynieść ...
pojedynczo - bo do jedzenia wstali wspólnie
i matka na raz obu nakarmić musiała
coby reszta rodziny pobudzona wrzaskiem piskląt moich małych nie została.
Dobrej nocki!
czwartek, 25 kwietnia 2013
Pierwsza lekcja macierzyństwa
Zator chyba powoli mija, a mnie znów wzięło na wspomnienia.
Przypomniały mi się początki karmienia.
Zauważyłam, że bardzo często mamy karmiące maleństwa butelką są postrzegane jako te gorsze
. Wiele osób uważa, że mniej kochają, mniej się starają, są egoistyczne i dobro dziecka mają gdzieś
. Ja karmię piersią, ale mamy karmiące butelką doskonale rozumiem.
Super poradniki mówią, że karmić może każda mama, każda jest w stanie,
tylko nie wszystkim się chce powalczyć o dobro maluszka, poćwiczyć i karmienie samo przyjdzie.
Może i przyjdzie.
Tak samo jak mówią że smoczki są złe, osłonki są złe, dokarmianie jest złe.
Czy zawsze? I czy na pewno?
Pozwólcie, że opowiem, jak to u mnie z tym karmieniem było ...
Gdy Roksaka przyszła na świat, bardzo się bałam pierwszego karmienia.
Miałam czego.
Na skutek dwóch operacji wycięcia włóknakogruczolaków moje sutki były wklęsłe,
nie było za co złapać, nie było czego kruszynce do buźki przystawić.
Byłam pewna, że nie dam rady karmić.
Jednak położne nie pytały mnie o zdanie. Przyszły raz.
Na siłę wsadziły malutkiej do buźki kawałek mojej piersi. Zaczęła ciągnąć - poszły.
To była ich pomoc. Po porodzie leżałam na osobnej sali - na septycznym.
Żeby porozmawiać z kimś, zapytać, musiałam minąć całą ginekologię, patologię ciąży
i dopiero tam, na poporodowym, na drugim końcu dłuugiego korytarza mogłam o pomoc i poradę poprosić. Jednak pielęgniarki z ginekologii na spacery nie pozwalały. Miałam być przy dziecku.
Miałam dbać, by moje dziecko nie przeszkadzało innym pacjentom.
Fajnie.
Roksanka urodziła się o 14,00.
Około 20 poszłam poprosić pielęgniarkę z ginekologii o wezwanie do mnie położnej.
Nie mogłam przystawić Roksanki do piersi. Nie przyszła.
Malutka, wymęczona płaczem - zasnęła. Około 22 poszłam po raz drugi.
Nowa zmiana, nowa pielęgniarka, przyszła sama.
Znów wsadziła moją pierś do buźki malutkiej i kazała tak siedzieć.
"Co potrzeba to sobie wyciamka mała."
Nie wyciamkała.
Około północy chciałam iść sama.
Cofnęła mnie mówiąc że zaraz zadzwoni ... dzwoniła dwa razy.
Nikt nie przyszedł.
Moje maleństwo, pierwszy dzień na świecie, głodne leżało obok mnie i płakało.
Zanosiło się. Z głodu. Ja czekałam.
Nieprzytomna ze zmęczenia, z zawrotami głowy, na uginających się nogach o 4 nad ranem włożyłam malutką w "łóżeczko" i wyszłam z nią na korytarz.
Nie ważne dla mnie były przeciągi, bakterie, wirusy, ciszę nocną miałam w dupie.
Nie myślałam o tym w ogóle.
Obudziłam całą ginekologię.
Pielegniarka wyskoczyła zaspana ze swojej kanciapy.
Kazała wracać.
"Nie. Nie wrócę. Moje dziecko jest głodne! Nie jadło od 20. Nie mogę przystawić".
Stałam i darłam się na korytarzu zanosząc się razem z malutką od płaczu.
Pielęgniarka nie puściła mnie dalej, ale przy mnie zadzwoniła po lekarkę.
Powiedziała, że wpadłam w histerię.
Pani doktor była u mnie może po minucie. Z mlekiem.
Nakarmiła malutką i poszła. Po drodze zwymyślała pielęgniarkę. Mają informować.
Po pół godzinie przyszła znowu.
Roksanka spała, ja siedziałam jeszcze chlipiąc pod nosem i patrząc na moje nakarmione sztucznie dzieciątko. Byłam wściekła, że nikt mi nie chce pomóc, nikt nie chce poradzić.
Byłam wściekła a moje piersi, na moje ciało na samą siebie. Dostałam jakąś tabletkę.
Wiem, że było już jasno gdy udało mię zasnąć. To była pierwsza próba.
Pierwsza bolesna lekcja macierzyństwa.
Lekcja samotności.
Bo będąc tam w szpitalu, gdzie niby taka opieka i lekarze, pielęgniarki, położne byłam sama.
Rano przyszła kolejna zmiana. Myślicie że przyszły z mlekiem?
Nie.
Dowiedziałam się że każda kobieta ma karmić piersią.
Gdy powiedziałam że nie mogę, nie daję rady położna obejrzała moje piesi i zapytała z wyrzutem gdzie ja mam sutki. Gdzie mam sutki.
Kazała natychmiast zadzwonić do męża żeby kupił i przywiózł mi kapturki.
Mąż przyjechał tak szybko jak mógł, przywiózł kapturki.
Udało się. W końcu się udało. Nakarmiłam moje dziecko.
Gdy pod wieczór przyszła kolejna zmiana, znowu zostałam zwymyślana, za fanaberie.
Mam karmić piersią, a nie przez gumę.
Znowu przystawianie na siłę, znowu psioczenie na moje piersi, że co one takie, że to nienormalne. Pamiętam to do dziś.
Gdy tylko wyszła z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i z uczuciem wyższości malującym się na twarzy - bo udało się włożyć pierś do buźki - wyjęłam moje kapturki.
Już wiedziałam że nie mogę ich słuchać.
Karmiłam przez nie, a gdy słyszałam na korytarzu zbliżające się kroki chowałam je i przerywałam karmienie. Malutka chyba rozumiała bo i nie buntowała się zbytnio.
Patrzyła tylko na mnie swoimi pięknymi oczkami, czekając aż minie inspekcja.
Trzeciego dnia, w mojej sali zjawił się położnik.
Tak - mężczyzna,
chciał zobaczyć, jak sobie radzę.
Gdy wyjęłam pierś chcąc przystawić malutką zerknął tylko i wyszedł.
Wrócił po chwili z obciętą z jednej strony strzykawką.
Powiedział jak ćwiczyć sutki, ze da się je wyciągnąć, muszę tylko ćwiczyć.
A póki co zalecił karmienie przez kapturki i próby przystawiania bez nich.
Bez zbędnych komentarzy, bez mieszania mnie z błotem, spokojnie i życzliwie zaczął tłumaczyć co jak. Zapytał również kiedy kąpano Roksankę.
Kąpano?
Nikt nie kąpał mojego dziecka.
To on pierwszy zainteresował się nami na prawdę.
Wykąpał malutką, powiedział jak, pokazał, poradził jak dbać o pempuszek.
Tego samego dnia wieczorem puścili mnie do domu.
Tego położnika widziałam tylko raz w życiu - wtedy gdy do nas przyszedł.
Ale pamiętam go do dziś.
To dzięki niemu, po trzech miesiącach udało mi się przystawić Roksankę do piersi bez osłonek.
To dzięki niemu uwierzyłam, że jednak mogę dać radę jako mama.
Jednak te dni na długo zapadły mi w pamięć.
Roksanka niedługo będzie miała pięć lat, a jeszcze teraz, gdy piszę tego posta,
obrazy jak żywe stają mi przed oczami.
Każdy dzień, każda chwila, każdy moment w tym przeklętym szpitalu wryły mi się w pamięć na zawsze.
Dla tych dziewczyn, które mają jeszcze wszystko przed sobą mam tylko jedną radę.
Dowiadujcie się o swoje prawa i walczcie o nie.
Dla dobra waszego i waszych dzieci.
środa, 24 kwietnia 2013
Matki karmiącej problemy
Chłopcy wczorajszą noc przespali tylko z dwoma pobudkami.
Nie płakali w nocy, nie budzili się na wzajem, każdy dwa razy na jedzenie się obudził i finito. Tak.
Wiem że myślicie że się cieszę.
Pewno skaczę pod sufit z radości że wyspana, wypoczęta, że idzie ku lepszemu.
Może i bym skakała, może bym się cieszyła.
Ale mnie nie tak łatwo zadowolić.
Bo jak tu się cieszyć gdy budzisz się z dwoma kanciastymi,
palącymi, wyciskającymi łzy z oczu kamieniami zamiast piersi?
No pytam się, jak?
Czy moje pragnienie by dzieci trochę dały mi pospać to było aż tak wiele?
Czy prosiłam o za dużo?
Dawno tak podle się nie czułam.
Piersi bolą mnie tak bardzo, że nie czuję nawet jak dzieci mnie gryzą.
Chyba osiągnęłam nieprzekraczalny próg bólu.
Bo widzę że mały karakan zaciska na sutku swoje bezzębne dziąsełka patrząc słodko mamusi w oczka tym swoim przekornym spojrzeniem pt. i co mi zrobisz? a ja nic.
Bolało tak jak wcześniej.
Czyli tak, że nie mogłam o niczym innym myśleć jak o bólu.
Dziś też boli.
Ciut mniej, a i piersi są odrobinę bardziej miękkie.
Nie są jeszcze gładkie, czuję grubienia i nierówności, widzę je, ale jest ciut lepiej.
Całe wczorajsze popołudnie przesiedziałam klnąc pod nosem na czym świat stoi,
próbując ściągnąć okarm na zmianę laktatorem, ręcznie
i przystawiając chłopców do piersi.
Ciepłe okłady przed, schłodzony i utłuczony kapuściany liść po ... zgadnijcie ile udało mi się ściągnąć laktatorem?
20 ml, w ciągu 3 godzin.
20 ml.
Niestety stwierdzam, że najlepszym laktatorem są jednak dzieci.
Na razie walczę, by jak najbardziej odciążyć piersi, by ściągnąć jak najwięcej pokarmu. Dopóki nie mam zapalenia.
Czuję się podle, wszystko mnie boli, czuję że idzie,
ale póki co nie mam jeszcze wysokiej gorączki.
Czyli jest czas by walczyć.
Dla mnie to czarna magia.
Karmiłam Roksankę, karmiłam Olunię ... ale czegoś przy nich nie miałam.
Teraz mam zamiast jednego szkraba szkraby dwa.
Teoretycznie więc pojęcie nawału pokarmu, pojęcie zapalenia piersi powinno mnie nie dotyczyć.
A jednak.
To nie pierwszy raz.
Od narodzin chłopców miałam już cztery takie akcje.
Z czego pierwsza była najgorsza,
bo skończyła się czterdziestostopniową gorączką,
ogólnym osłabieniem, niechęcią do jedzenia i picia.
Wtedy myślałam że na prawdę się wykończę.
Mąż karmił mnie na siłę. ie chciałam jeść.
Nie czułam potrzeby jedzenia.
Jedyne, czego potrzebowałam to spania.
Tydzień czasu leżałam w łóżku, dzieci dostawałam do karmienia i to była cała moja aktywność.
Ale tak nie bolało.
W sumie wtedy ze dwa kanaliki miałam przytkane.
To wszystko. W dwóch miejscach bolesne zgrubienia, a ja odlatywałam.
Nie kontaktowałam.
Nie myślałam.
Chciałam tylko spać.
Dlatego teraz tak walczę.
Nie mogę pozwolić sobie na powtórkę.
Nie mogę dopuścić do stanu zapalnego.
Jeżeli rozłoży mnie tak jak wtedy nie będę w stanie zająć się dziećmi.
A mąż wolnego nie dostanie.
Nie dostanie, bo nasza pani doktor nie traktuje zapalenia piersi jak choroby,
jest zdania że moje odczucia to wymysł,
bo jestem leniwa,
bo nie chce mi się zajmować domem,
to się położę i leżę.
A że gorączka?
No przecież normalne to jest.
Żadna rewelacja.
Dawać dzieciom cyca i tyle.
Cała jej profilaktyka i całe jej leczenie.
Daj cyca... i kiedyś przejdzie.
Przejdzie albo i nie.
Wiele się naczytałam o ropniakach, które z takich zatorów mogą powstać.
O zakażeniach wirusowych i bakteryjnych.
O konieczności leczenia zapalenia chirurgicznie.
Moje piersi są dość pociachane.
W zupełności im to wystarcza co mają.
Więc walczę.
A Wam miłego dnia życzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

