.

.

Szukaj na blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuturalne Zachowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuturalne Zachowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lipca 2013

Granice ...

Tak wiele poświęcamy dla innych, w tak wielu przypadkach zmieniamy nasze zdanie. 
Bo on ... 
bo ona ... 
bo ją/jego, 
bo im ...
 zapominamy o sobie, stawiamy poniżej innych. 
Dlaczego? 
To nasze poczucie własnej wartości ... czasem ono dobija. 
Bo w takich właśnie sytuacjach czujmy, wiemy, że dla innych zrobimy wszystko - oddając w zamian to co nasze. Tracimy, gubimy siebie - bo on, bo ona, bo oni ... 
nie da się żyć, nie krzywdząc innych. 
Nie da się żyć nie zadając bólu. 
Jak bardzo byśmy się starali, zawsze znajdzie się ktoś, kto przez nas poczuł się gorszy. 
Ale może za dużo już w życiu tych innych?
 Może czas i na siebie spojrzeć? 
Krytycznym wzrokiem zmierzyć, ocenić - dojrzeć do tego by powiedzieć JA!
 JA potrzebuję, 
MI to jest potrzebne, 
DLA MNIE robię to co robię - nie dla innych. 
Nie dla ciebie wścibska babo, nie dla ciebie roszczeniowy facecie!
Nie dla niej i nie dla niego. 
Dla siebie!
Bycie mamą jednak zmienia człowieka. 
Dla rodziny zrobi się wszystko. 
Niestety bardzo często w tym wszystkim gubimy siebie. 
Nasze potrzeby z biegiem czasu przestają być ważne - jest przecież tyle innych potrzeb, ważniejszych, bardziej istotnych ... .
 Gubimy same siebie, zatracamy się, rozmywamy na rzecz szeroko pojętej "Rodziny". 
Gorzej, że ta "Rodzina" wciąż się powiększa! 
O "dobre ciocie, o Wujków mnóstwo, dziadków, babcie" ... 
Każdy zaglądający do wózka czuje się, jakby miał prawo komentować, jakby był Rodziną, 
 "Babcie tysiąc rad" choć spokrewnione nie są wielce się burzą, że o "ich" maleństwo nie dbamy, dziadkowie pomstują na wychowanie "wnuków", "ciocie" i "Wujkowie" zawsze wiedzą lepiej, zawsze mądrzej prawią i zawsze mają rację... 
Nie zatracajmy siebie, walczmy, by u nasze potrzeby stały na równi z innymi!
Macieżyństwo nie może obniżać statusu kobiety-matki  w społeczeństwie. 
Dalej należy nam się szacunek, prawo do własnych potrzeb, do własnego zdania, do realizacji marzeń, do samospełnienia. 
Oczywiście nasze spojrzenie na świat wraz z narodzinami naszych pociech zmienia się, zmieniają się nasze priorytety. Ale nie pozwólmy, by cały świat przejął nad nami władzę!

Często spotykam takie mamy, zahukane, zagubione, z rozpaczą patrzące na innych, 
czekające na podanie ręki i z pokorą przyjmujące kolejne bury i razy, 
bo jak one śmią! 
Jak śmią mówić o sobie, marzyć o sobie, o  sobie myśleć! Ja sama czasem czuję, że zaczynam się gubić. 
Dlatego mówię NIE! 
Ja też jestem ważna, też jestem pełnowartościowym członkiem społeczeństwa! 
Mam prawo głośno mówić o tym, co mnie boli, co mnie porusza, co martwi, niepokoi, cieszy.
 Mam prawo do samorealizacji, do własnego zdania.
 Mam prawo powiedzieć "to moje dzieci, ja wiem lepiej"! 
Każda z nas ma takie prawo.
 Musimy tylko pamiętać o jednym.
 To prawo dotyczy nas w ograniczonym zakresie. 
Ograniczonym, do naszego życia, naszych wózków i naszych pociech. 
Jeżeli poczujemy się zbyt ważne - wejdziemy na pozycję "Dobrej cioci" Babci tysiąc rad" 
Czy w przypadku mężczyzn tego "Dziadka" - speca od wychowania, lub "Wujka" co najlepiej wie, co dla nas jest ważne. 
Czy na pewno tego chcemy?
Gdzie zaczyna się granica i gdzie się kończy? 
Jak znaleźć złoty środek?
Kiedy schylić z pokorą głowę a kiedy stanąć stanowczo i krzyknąć "NIE!"?

Myślę, że granicę określa jedno zdanie. 
"Niech każdy zajmie się sobą" ... . 
Oczywiście zwracamy uwagę na rzeczy rażące, na krzywdę innych,
 na akty szeroko rozumianej przemocy, zaniedbania, porzucenia - i w tych przypadkach mamy obowiązek zareagować. Tylko ... no właśnie ... to jak to jest z tą granicą?
Czy naprawdę tak istotne są ubrudzone spodenki, płacz dziecka zabieranego ze sklepu bez wypatrzonej zabawki, czy zbyt żywiołowo wyrażana radość? 
Zamiast tego spójrzmy w drugą stronę - na głodną dziewczynkę,
 która przełykając ślinkę zerka na nasz kawałek kanapki, 
na wrzask dziecka, bitego przez Super Babcię,
 lub na to dziecko, które na 10 stopniowym mrozie na samej bluzeczce na dworze biega ... . 
Są rzeczy ważne i mniej ważne. 
My musimy postawić granicę. 
I jej przestrzegać!


wtorek, 18 czerwca 2013

Służba Zdrowia ...

Niektórzy ludzie potrafią podnieść mi ciśnienie. 
Szybko, skutecznie, kilkoma słowami potrafią sprawić, że ze spokojnej mamuśki zamieniam się w smoka ziejącego ogniem lub inną szkaradę.
 Pamiętacie nasze pielęgniarki? 
Pisałam o nich chociażby TU. 

Dostałam wczoraj o godzinie 13.00 telefon. 
I czego się dowiedziałam?

"Jutro na jedenastą jesteś z Roksaną na szczepieniu. 
A ty Matka nie wiesz że masz w domu dziecko dwuletnie?
 Ja mam takie rzeczy wiedzieć? A bilans to kto jej zrobi? 
Masz jutro na jedenastą być z Roksaną to weź i Olę i pamiętaj mi o takich rzeczach bo ja o bilansach dzieci pamiętać nie będę!" 

Nie było dzień dobry, 
nie było Pani Moniko, 
nie było chciałam poinformować ... 
tylko tak ot, jak do gówniarza jakiegoś ... albo gorzej jeszcze. 

Ale o co chodzi przepraszam? Jakie szczepienie, jakie jutro jaki bilans?

Nie, jak by ktoś pytał nie zapomniałam o szczepieniu. Pielęgniarka w taki oto sposób przekazała mi że dostała szczepionkę dla pięciolatków i jutro będzie dzieci szczepiła, więc dobrze by było żebym z Roksanką wpadła, bo to do picia jest a one w dużych butlach dostają ów specyfik, więc muszą dzieci mniej więcej na ten sam termin zapisać. 

Nie, nie zapomniałam o bilansie Oli. 
Ba, była przecież ważona, mierzona i oglądana podczas ostatniej mojej wizyty, 
bo już zaraz dwa latka to za jednym razem ... a teraz pielęgniarka mówi mi że to się milczy bo to było PRZED urodzinami a musi być PO ... . 
To po cholerę jasną wtedy jechałam?
 Po co wtedy była badana, jeżeli teraz, raz jeszcze badana będzie? 
A bo sobie kobieta w kartę nie wpisała.
 Ot co. 

Wkurzyła mnie kobieta straszliwie. 
Ale ja wkurzona nie wrzeszczę, o nie. 
Poinformowałam ją grzecznie, że ja jutro na żadne szczepienie nie przyjadę, a tym bardziej przed południem, bo nie mam jak transportu załatwić.
 Nie mam. Mąż mój mógłby wziąć wolne, gdyby wiedział wcześniej. 
To że był w pracy nic mi nie dało bo mają u niego w zakładzie zakaz korzystania z telefonu w czasie godzin pracy. 
Więc nawet powiedzieć mu nie mogłam. 

A rodzeństwa dorosłego nie masz?
Niech przyjadą i wezmą dziewczyny.

Nie wezmą, bo dzwoni pani dziś, na jutro 
a moje dorosłe rodzeństwo pracuje, studiuje (poza miejscem zamieszkania) lub się uczy. 
Czyli nie mam wolnego (czytaj obijającego się) rodzeństwa, 
które by mogło tak bez zapowiedzi z dnia na dzień zerwać się, z uczelni/pracy
 przyjechać 
(nie wiem czym bo samochodów to nie mają, znaczy jedna siostra ma ale ona pracująca jest) i dzieci mi  na szczepienie zabrać ... . 

Zapytałam grzecznie, od kiedy to szczepienie jest zaplanowane ... bo to tyle dzieci jest ... 

No od czwartku wiem, ale co to ma do rzeczy?
 To na jutro ma być, bo dopiero odbierać będę, i jutro masz być. 

Tosz nie można było w czwartek? W piątek? W poniedziałek o ósmej rano? 
Nie można było?
 To i wolne by było załatwione i transport i w  ogóle rozmowy by nie było. 
Ale nie, lepiej zadzwonić dzień wcześniej w porze obiadu, 
bo po co szybciej cholera dzwonić!!

Nie wiem co zrobisz, nie obchodzi mnie to, 
ja wam na wieś wynosić się nie kazałam! 
Macie być.  

(tu osiągnęłam fazę super spokoju - czyli mówienia bardzo cicho i z bardzo zaciśniętymi zębami). Przykro mi, ale nie przyjadę.
 Mogę przyjechać, po południu, po 16.00. 
Mąż będzie w domu, to i problemu z dojazdem, z opieką nad chłopcami,
 z samym szczepieniem i bilansem nie będzie. 

Szczepienie jest na jedenastą! 
Nie będę po południu wszystkich dzieci szczepiła! 
Nie po to są godziny szczepień ustalone, żebym w innych godzinach szczepiła! 

Wobec tego nas na szczepieniu nie będzie.
 Zadzwoni Pani następnym razem wcześniej, uprzedzi, 
wszystko zorganizujemy. A teraz przepraszam, bo chłopcy płaczą. 

Jak to później! Nie, tak nie!
 To przyjedźcie wtedy w środę na 16.30, zaszczepię Roksankę i Oli bilans zrobimy. 

Na tym zakończyła się nasza rozmowa i miałam przemożną ochotę uszkodzić telefon, ale odłożyłam go delikatnie. W końcu co on winny że ja takie pielęgniarki mam?

Nie można było tak od razu? Zna kobieta naszą sytuację, wie doskonale, że musimy do miasta na dwa razy jeździć bo się a samochód nie mieścimy, wie że moje rodzeństwo pracuje i studiuje, że rodzice pomóc nie mogą, wie nawet że mąż w pracy telefonu odbierać nie może bo i notkę mają że do niego po 14.00 dopiero dzwonić można.
 Ale walczy uparcie, kłóci się, wywyższa, bo ja muszę. 
Od czwartku wiedziała że we wtorek szczepienie będzie, a w poniedziałek dzwoni ... . 

Tak się zastanawiam. 
Nie ma już na świecie normalnych pielęgniarek?
Nie można po ludzku wcześniej zadzwonić, uprzedzić,  poinformować że taka konieczność będzie? Nie można grzecznie od dzień dobry rozmowy zacząć?
 To na prawdę jest takie trudne? 
Gdzie się podziała grzeczność gdzie kultura rozmowy? 

Czy to że mam czwórkę dzieci pozwala komuś traktować mnie przedmiotowo?
 Nie zasługuję już na odrobinę szacunku? 
Na poważne traktowanie? 

Ja zostawiam to bez komentarza. 
Komentarze ... zostawię Wam.
Co myślicie o tej sytuacji? 

niedziela, 16 czerwca 2013

Roksanka

Nie lubię domowych porządków! 
A wy lubicie? 
Zaraz północ, a ja rozglądając się po domu stwierdzam, 
że jak bym dziś nie kiwnęła placem to i tak mieszkanie wyglądało by tak samo ... . 
Od rana porządki, obiad, porządki, kolacja, porządki, usypianie ...
 i dalej mam w domu bałagan. 
Ehh. Ciężkie jest życie mamy. 
I to niezależnie od tego ile ma się dzieci. 
Czasem jedno dziecko potrafi nabałaganić tak, jak by co najmniej cały oddział przedszkolny przemaszerował przez dom. 
Moje dzieci są tego znakomitym przykładem. 
A największym autorytetem w tej kwestii jest Roksanka. 
Nie wiem czy nauczę ją kiedyś, żeby po sobie sprzątała ... jej zabawy są tak ... nieskoordynowane? 
Co dwie minuty bierze nową rzecz, 
co chwila coś innego a poprzedniej zabawki oczywiście na miejsce nie odłoży, bo po  co, przecież za chwile będzie się nią bawiła!
 Z ubraniami jest tak samo. 
Kocha się stroić, przebierać, ale ubrania które zdejmuje najczęściej rzuca tam gdzie stoi.
 Mówimy, tłumaczymy, rozmawiamy, pokazujemy, 
wskazujemy zabawki jako jeden z głównych powodów jej urazów 
(wiecie, potknięcie się o lalę, stanięcie na klocka, kredkę, połamanie foremki której się nie zauważyło ... ) Ale jakoś nie możemy na nią wpłynąć. 
Ona po prostu ma chyba tyle myśli w głowie, że nie nadąża sama za sobą :)
Ale ćwiczymy, uparta jest mama i gdacze co chwila, bo jak nie zagdacze to Roksanka nie zrobi. 
Ale ile bym na nią nie narzekała, to i tak muszę stwierdzić, że bez niej miałabym dużo gorzej.
 To ona pilnuje chłopców i Oli, gdy ja szykuję obiadek, 
to na odciąga od moich nóg chłopców, gdy idę z talerzem zupy 
i nie zdążę umknąć przed sprytnymi łapkami chłopców,
 którzy zaraz stają przy moich nogach próbując sięgnąć jak najwyżej. 
To ona urządza przedstawienia, pokazy mody, tańców, wymyśla wierszyki które potem namiętnie recytuje naszej małej widowni. 
Mąż mój swój prezent na Dzień Ojca dostał w chwili, gdy Roksanka po raz pierwszy zobaczyła reklamę z Oreo. 
Sama, bez niczyjej pomocy, w tajemnicy przed wszystkimi przygotowała laurkę dla Tatusia ... . 
To wspaniała, bardzo ufna względem innych dziewczynka. 
Czasami mnie to martwi. 
Bardzo martwi. 
Ona nie boi się obcych, nie wstydzi się. 
Każdego wita jak domownika, od razu zasypując gradem pytań i zapraszając na nocleg i posiłek ... . 
Każdy jest "Swój", każdy to wójek, ciocia ... rodzina. 
I wiem, niestety wiem, że to moja wina. Za szybko poszłam do pracy, za wiele miała opiekunek, gdyż każda się godziła, by to dniu, tygodniu stwierdzić, że jej jednak za ciężko ... 
W sumie, zanim znaleźliśmy dopowiednią dla niej opiekę, Roksanką zajmowało się sześć osób. 

I jak ja mam teraz nauczyć ją dystansu do obcych? 
Jak pokazać, że nie każdy jest swój, 
że na świecie nie ma tylko wójków i cioć,
 że gdzieś tam, może czychać na nią niebezpieczeństwo?
 Jak obronić ją przed potencjalnym zagrożeniem? 
Jak naprawić swój błąd?



piątek, 31 maja 2013

Kątem oka ... Głupota ludzka granic nie zna ...

Nie myślimy o bezpieczeństwie, nie dbamy o najbliższych. Nie słuchamy intuicji, a to wszystko, może poprowadzić do ... tragedii.  Wczorajsza wyprawa do ZOO obfitowała we wrażenia. O pozytywnych, będzie wkrótce, a negatywne ... ? 

1. 
"Wybieg żółwi" czyli mini basenik dla tych uroczych stworzonek, około trzyletnia dziewczynkę zostaje przez mamę ustawiona na niewysokim, okalającym basen murku. Mama odchodzi około 10 metrów dalej, by zrobić piękne focie ... 

2.
 "Wybieg kuców" Dwa piękne kucyki przy siatce. Kilkoro dzieci z rączkami przełożonymi przez oczka siatki usilnie próbuje dosięgnąć i pogłaskać "konika". Rodzice gorąco dopingują swoje pociechy ... kawałeczek dalej, lecz w zasięgu wzroku tabliczka ostrzegająca, że przekładanie  ręki przez siatkę, może zakończyć się trwałym kalectwem ...
Rozumiem ciekawość dzieci, rodzice powinni tłumaczyć zagrożenia ...  ale co z ciekawością rodziców? 
3. 
"Wybieg flamingów" to wyspa, przed nią skarpa, u góry , ale już na spadzie może metrowy, niewysoki płotek, mama przekłada około dwuletnią dziewczynkę, by pokazać jej ptaszki ... w pewnym momencie mama ślizga się (stoi na górze około cztero, pięciometrowej skarpy), na szczęście, nie puszcza dziecka i udaje jej się utrzymać równowagę ...

4. 
"Małpi gaj", dorosły mężczyzna sięga przez murek, małpka (pawian) próbuje złapać go za rękę, widownia ma super zabawę ... kawałek dalej - jakaś mamusia przekłada przez murek trzy - czteroletniego chłopca, spróbuj dać rączkę małpce, słyszę ...

Bananka? Paluszka? Rączkę całą? Ależ proszę!

5. 
"Wybieg dla Wielbłądów Jednogarbnych". Nie ma murku, tylko wyższy krawężnik, może 30 - 50 cm pas trawy i tzw "pastuch", tabliczka z ostrzeżeniem że druty są pod prądem. Obok, tablica informująca że zwierzęta są bardzo niebezpieczne. Mama ustawia dziewczynkę, może trzyletnią na owym krawężniku (zapomniałam dodać - kamiennym, czyli bardzo nie równym) i każe jej pozować jak modelka ...

6. 
"Wybieg dla Hipopotama" Od strony zwiedzających na pierwszym planie basen i dwa leżące sobie w nim hipcie ogrodzone około 1.2 m płotem. Tatuś przez płot przekłada kilku miesięczne maleństwo, tłumacząc mu że to w wodzie to są Hipopotamy ...
A niech by się tatuś, tak przez płotek przewiesił ... hmm. No przecież to są tylko Hipopotamy w płytkim, betonowym baseniku ... 
7.
 Wybieg antylop, (Oryx'ów)  ogrodzony płotem. Dwie dorosłe osoby stoją nieopodal i rozmawiają ze sobą, jedna trzyma pusty wózek. Rozglądam się za dzieckiem. Jest, stoi przy samym płocie kurczowo trzymając się prętów. Nieopodal małe stadko antylop. W końcu  rodzic to zauważa i biegnie, na siłę odczepia ręce maluszka (max dwa latka) od płotu ... dziecko krzyczy "ne ciem"


Taki historii było więcej.  Wszystko uchwycone kątem oka, bo mama nadgorliwiec chce wszystkich mieć na oku, ale obrazy owe zauważa i zostają gdzieś w głowie ... krótkie migawki,
 do których ja sama widzę już czarne scenariusze ... Może jestem przewrażliwiona, może jestem nad opiekuńcza, ale jakoś łapiąc w locie takie momenty, od razu w myślach dopisuję potencjalne zakończenia. Widzę i wiem, czym to może się skończyć. 


I zastanawiam się, gdzie jest wyobraźnia tych rodziców! Czy nie widzą ostrzeżeń, nie wiedzą, że mają styczność z dzikimi zwierzętami? A może myślą, że ogrodzenie pod prądem to ściema? Że wszystkie zwierzęta kochają ludzi, kochają być dotykane, głaskane, płoszone? Co z tego że mają na co dzień do czynienia z ludźmi? To wciąż dzikie zwierzęta! Nie są tresowane! Tabliczki ostrzegawcze, siatki, ogrodzenia, pastuchy - to nie jest ściema. To nie jest podpucha! To ostrzeżenie o realnie występującym zagrożeniu! Ja rozumiem, tak wiele chcecie dzieciom przekazać, tak wiele ich nauczyć. Wiem, że to dla nich wspaniała przygoda,  że sprawia im to niesamowitą frajdę,  a przez to i wy się cieszycie. 

 Ale pomyślcie o zagrożeniach. Chcecie by dziecko mogło dotknąć, pogłaskać nakarmić zwierzątko bez obaw?  Przecież zaraz przy wejściu jest małe zoo, gdzie można właśnie wejść, gdzie spokojnie możesz puścić maluszka  i tam dopiero poczuje prawdziwą frajdę.  Gdzie będzie mogło nie tylko pogłaskać, ale i przytulić się do kucyka, nakarmić małą kózkę, pogłaskać miękkie futerko króliczka ... gdzie zwierzątka są tresowane, gdzie od małego styczność mają z ludźmi. Gdzie są łagodne i spokojne, gdzie wiesz, że krzywda żadna dzieciątku się nie stanie. Po to jest to małe ZOO. 


I jeszcze jedna "historia": Duża grupa dzieciaczków (ok 2 do 5 lat) karmi przez płot daniele, przy płocie leży sterta trawy, którą można zwierzaczkom podawać. Ja stoję z Olą, pilnując by nie wkładała rączki przez oczka siatki. W pewnym momencie podbiega może siedmioletni chłopiec, kopie z całej siły w siatkę płosząc zwierzęta ... . Momentalnie podnoszę głowę, łapię jego spojrzenie, ucieka w stronę grupy rodziców.Odwracam głowę, by pochwycić wyniosłe spojrzenie tatuśka. Choć dalej synu ... oto cały jego komentarz. Odchodząc, tatusiek zerka na mnie, widzę jego pełne pogardy i wyniosłości spojrzenie ... szkoda że nie złapałam tego gówniarza ... oj szkoda ...


Po co Bałwanie bierzesz syna do ZOO,  jeżeli jedyne czego go uczysz, to straszenia zwierzyny, płoszenia jej,  braku szacunku dla innych ludzi zwierząt? Widzisz że go to nie interesuje?  Weź chłopaka na karate, do parku linowego, na paintbola,  lub w inne miejsce pozwalające mu  pożytkować nadmiar energii w sposób dla niego ciekawy,  odpowiedni i odpowiadający jego zainteresowaniom!  Wziąłeś go na "odwal się"?  To wykrześ z siebie troszkę energii i zainteresuj go światem zwierząt.  Sam masz w dupie zwierzęta?  To wynoś się z ZOO i sam zapisz się na lekcje karate, lub boks.  Jak oberwiesz parę razy to może czegoś się nauczysz ... choć w minimalnym stopniu !!  Jesteś lepszy, bogatszy, wspanialszy niż inni?  Super!  To poproś by zbudowali ci osobną klatkę, gdzie będziesz mógł puszyć się niby Paw, panoszyć jak Lew prężyć niby tygrys gotowy do skoku i pokazywać swą wyższość nad innymi.  Uwierz, że wiele będzie osób chcących oglądać taki okaz ...  i będą mówić .... zobacz Synku!  To nie człowiek!  To Homo co wciąż Sapie!  To istota, która uważa się za Boga, dlatego panoszy się i puszy, i dlatego sama jest w klatce, bo innych ludzi znieść nie może ...  i choć uważa się za Lepszą, to tak na prawdę jest gorsza,  bo zasad i reguł podstawowego obcowania wśród innych nie było dane jej poznać ... i będą na twoim przykładzie uczyć się dzieci, jakim nie być ...