.

.

Szukaj na blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabawa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2013

Plastycznie i nie tylko :)

Wiecie co o planach myślę? Wiecie. 
Więc nie przyznam się głośno że plany na piątkowy dzień miałam wielkie. Tak wielkie jak to jezioro, nad które wybrać się coś nie możemy, i jak ten las w którym jagody czekają ... tak wielkie jak to wszystko, co marzy mi się od dłuższego czasu zrobić i co nie wychodzi :D

Nie dość że za oknem od samego rana deszcz i pranie które na doschnięcie zostawiłam od nowa musi doschnąć, nie dość że wiało chwilami szalenie, to jeszcze ja sama jak przez wyżymaczkę przepuszczona i z bolącym gardłem dzień przywitałam. Do południa lewitując w stanie "mnie tu nie ma" po południu dałam się chociaż dzieciom kreatywnością wykazać. 

Bałaganu nie pokażę jaki przy tym powstał. Grunt, że dzieci się dobrze bawiły. 
A bałagan i tak widać, co wam będę humor poprawiać że u Was czyściej, jak i tak wiem że to prawda :D

Jako że Kropelki miłością pałają wielką i niespożytą do prac plastycznych, a mama leniwa i oszczędna, dała dzieciom jedno pudełko farbek, jeden pojemnik z wodą, jedną kartkę, rozścieliła na podłodze ceratę i rozsiadła się z kawą i książką coby relaksu trochę zaznać. 

A co się działo na podłodze?



Niestety w związku ze zbytnim zaangażowaniem, najmłodszych członków rodziny, dziewczyny przeniosły swą twórczość na ławę, burząc moją oazę spokoju. Wybaczyłam im jednak,  bo jak tu się gniewać gdy twórczość aż biła z ich twarzy :) 
A efekt końcowy hmm ... oceńcie sami :D  



Nie koniec to jednak szaleństw,
 bo gdy praca poszła się suszyć, a dzieci zażyły kąpieli,
 Roksanka, jako główny prowodyr zamieszania postanowiła zająć gromadę inną konstruktywną zabawą, którą de facto znamy wszyscy i myślę, że każdy w dzieciństwie uwielbiał tak się bawić :)



Stara dobra baza,
 gdziekolwiek zbudowana, jakkolwiek zrobiona zawsze wywołuje mnóstwo pozytywnej energii.
 Z początku na górze były poduchy, jednak chłopcy stwierdzili że mogą się one przydać do czegoś jeszcze :)



Mamooo! Tu jest dziura!
 Tak pewnie z radością wykrzyczał by Oskar, gdyby już mówić potrafił :D

A tak poważnie, to jako że Janek przyłapany został przez rodzicielkę na próbie wydostania się górą z łóżeczka, postanowiliśmy zacząć uczyć chłopców wychodzenia z łóżka ... dołem. 
Jak to się nam uda - zobaczymy :) Ale zawsze to jednak bezpieczniejsze niż wypadnięcie górą. 

Rosną te moje Kropelki, rozwijają się w tempie, które mnie samą  przeraża. 
Czas leci, biegnie, a ja mogę tylko próbować nadążyć. 
Co nie zmienia faktu, że i tak jestem dumna!







niedziela, 7 lipca 2013

Gdy mama odpuści ...

Matka dziś swym lenistwem porannym plana jeziornego popsuła. 
Wstyd!
 Planowaliśmy z samego rana jechać, 
żeby blisko wody miejsce zabukować i wśród ludzi dzieci nie szukać,
 ale ja noc przesiedziawszy i po trzeciej nad ranem zasnąwszy nie do życia byłam z rana.
 Mogliśmy oczywiście jechać zmieniliśmy jednak plany i do ogrodu z ferajną uciekliśmy.
 Dzieciaki szalały na zmianę w basenie, na ślizgawce, na kocu, na trawie,
 tata pełnił dyżur przy grillu, a ja?
 Przez pierwszą godzinę skakałam nad dziećmi kwocząc
 (nie wolno, nie ruszaj, nie rób, siadaj, stój, nie to, nie tak ... wiecie pewnie o co chodzi :D)
 w końcu zrugana przez męża że siadać mam i relaksować się a nie zabawę psuję - odpuściłam.
 I dobrze :)
 Swoim kwoczeniem tylko zabawę dzieciom psułam, 
a że pralka pełna ciuchów, w których pociechy do wody weszły
 po czym wesoło po ogrodzie zaczęły latać skutecznie mieszając je z błotem - nie ważne.
Skapitulowałam więc w końcu, rozebrałam i pozwoliłam rządzić mojemu M. 
Jak mu to wyszło?
Do domu przyszliśmy dopiero przed 19.
 W międzyczasie był grill, ciacho i kawa wypita w towarzystwie przemiłych gości którzy spacerkiem przechodząc i do nas zawitali, była woda, słońce, zieleń było super! 
Chciałam kliknąć fotki ciasta. Niestety. Nie zdążyłam :P
Może następnym razem od fotki zacznę, 
a potem zaczniemy degustować ...
Zdjęć zrobiłam mnóstwo, 
jednak po dokładnym obejrzeniu doszłam do wniosku, 
że muszę wprowadzić cenzurę :) 
Ale co tam! 
Najważniejsze że dzieci szczęśliwe!
Dzisiejszy obiad funduje tata :P
Proszę nie przeszkadzać! Ja tu się bawię!
Ależ ja kocham ogród! I grilla! I ketchup!!
Że nie zdrowo?
Ale za to jak smacznie!
Z której to strony wchodziło się do góry?
Brat próbował to i ja chcę!
Powiedzieć mamie że próbowałem pić wodę?
A najlepszym potwierdzeniem dobrej zabawy jest chyba widok moich dzieci
 o godzinie 19.30 :P

Olunia zasnęła zaraz po powrocie do domu.
Chłopcy dali radę jeszcze przy piersi pięć minut pociamciać i też padli :)
Roksanka tylko, twardziocha, do 21 wytrzymała :))

piątek, 5 lipca 2013

Misz masz

Tak, tak!
Dobrze trafiliście.
 To dalej Kropelki tylko w nowej odsłonie :)
Prace nas stroną dla firmy w któej pracuje mąż zainspirowały mnie do zmian na blogu. 
Bo jak to tak może być że nad cudzą stroną pracuję, a swoją zaniedbuję?
Podoba Wam się?
Coś jeszcze byście zmienili?
Czy tak może być?

Logo i tło do bloga zrobiłam sama :)
Na czymś trzeba ćwiczyć zdobytą wiedzę, bo ucieknie :)

Uwielbiam takie zabawy - bo zabawą było dla mnie robienie banera który w pierwotnej wersji miał latające napisy, ale jego wielkość wyszła zbyt porażająca by go na blogu umieścić ... tak, ponad 63 MB miał baner :P
Zabawy z kolorem, z cieniem, ikonami ... dopasowywanie, łącznie i efekt końcowy - tak różny od od pierwotnego zdjęcia. To chyba kocham najbardziej. To poczucie zmian. Myśl, że zrobiłam coś sama i że mi się to podoba. 
Jeszcze za Krople Testują muszę się zabrać. 
Zostały biedne w starym image'u, więc i nad tą stroną muszę popracować. 
Tylko pomysłu brak na razie. 

Testy z Mam wciąż w toku. Niestety mój sprzęt do zdjęć (czytaj - telefon) zbuntował mi się i nie chce ze mną współpracować. Ale już nie długo mam nadzieję i z tym kłopotem się uporać i pokazać Wam, co o skarbach od MAM myślą moje Kropelki. 

A poza tym muszę się pochwalić! 
A właściwie nie się ale chłopców!
Obaj robią już pojedyncze kroczki, ładnie ćwiczą chodzenie za rączkę. 
Janek zaskoczył mnie dziś naśladując klaskanie Roksanki!
Ale się zdziwił gdy mu się udało. 
Moje dzielne łobuziaki!
Kochane urwisy. 

Roksanka i Ola za to broją więcej niż zwykle :)
Naśladują się na wzajem,
 kłócą się, 
by za chwilę leżeć na podłodze w pełnym miłości siostrzanym uścisku,
 lub bawić się w najlepsze tymi samymi zabawkami. 
Nie ma to jak rodzeństwo!

Pierwsza w nocy ... uciekam więc, 
by przed spaniem odetchnąć świerzym po wieczornych burzach i deszczu powietrzem.
Wychodzicie czasem o tej porze na dwór?
Tak na chwilę? Na minutę?
Uwielbiam patrzec na rozgwieżdżone niebo i wsłuchiwać się w ciszę nocy. 
Dzięku temu, wyganiam z głowy gonitwę myśli i szykuję się na dobry, spokojny sen. 
A tu jeden z przykładów jak siostry zajmują się sobą na wzajem :)
Roksanka uwielbia "czytać" siostrze.
A historie jakie opowiada są nie z tej ziemi :D

czwartek, 27 czerwca 2013

Bo gdy matka obiad robi ...

Za oknem nieśmiało przebłyskuje słoneczko. 
Olunia sprzedana z cioci pojechała się kłuć. 
W sumie nie wiem czy mam się modlić o wynik dobry? Czy zły?
Łobuziara mała. 
Zachciało mi się wczoraj mielonych na obiad i mam za swoje.
 Żeby dzieci przy patelni mi się nbie kręciły, zaniosłam je do ich pokoju i zamknęłam drzwi. 
W ten sposób mogłam spokojnie obiadem się zająć kontrolując jednocześnie przez naszą zaporę sytuację na froncie dzidziowym. 
Kontrola nie obejmuje co prawda naszego pokoju, ale co one mogły by u nas zbroić. 
No nic. Chłopcy nic ... 
bo Ola ... 
a co ja Wam będę mówiła.
 W roli głównej komputer, fotel, biurko i ... 
Puder Łagodzący Nivea.
 Efekty? 
...



Tak tak, wiem, że to że dzieci są bezpieczne nie oznacza że bezpieczny jest dom :D
Ale obiad zrobiłam i smaczny był.
A jak mąż się śmiać zaczął jak po pracy wszedł do domu, nie pytajcie. 
Akurat fotel miałam na balkon wytachany i trzepałam w deszczu :P 

Wczoraj doszła do mnie paczuszka z wygranego rozdania u Jacquelane! 
Byłam o tyle zdziwiona że listonosz zapukał do drzwi po godzinie 18!
To oni nie do piętnastej?
Ale za to słodkości do wieczornej kawki miałam ... 
które w większości wpałaszowały dzieci i ... mąż, nasz największy domowy łasuch oczywiście. 







Bardzo dziękuję za nagrodę :))




sobota, 22 czerwca 2013

Palec u nogi i miska na spacerze.

Wczorajszy dzień był cudny :)
Prawdą jest, że do 17 godziny z domu nie wychodziliśmy - tak ciepło było,
Prawdą, że jak milion razy wcześniej, przyfasoliłam małym paluszkiem u nogi w szafkę, 
który na skutek owego zderzenia barwę zmienił na sino-czerwoną,
 i taki jakby siniak między nim a drugim palcem powstał ... 
ale nie boli jakoś strasznie o czym świadczyć może chociażby fakt, że ubarwienie to zauważyłam dopiero wieczorem idąc myć nogi  ... .
Na FB straszą mnie złamaniem albo zerwaniem torebki stawowej, 
więc jak koloru nie zmieni to pójdę chyba dla świętego spokoju 
pochwalić się lekarzowi moim różem na paznokciach :P

Jako że około 17 słońce za chmurami się skryło, skorzystaliśmy z okazji i pojechaliśmy na spacer. 
W sumie to siły były wyrównane, bo trzy osoby szły i trzy w karocach swych jechały :P
(Mała rada - jeżeli mieszkacie na wygwizdowie, z polnymi drogami w tle, i po nich to głównie przemieszczacie się Karocą, nie kupujcie spacerówki ze skrętnymi kołami ... musiałam wózek Oli głowie rodziny przekazać bo nie mogłam opanować szaleńca, który za nic polecenia moje mając jeździł tak, jak mu się żywnie podobało ... )







Poszliśmy więc z dziećmi na spacer, wybiegała się Roksanka, wyszalała ... . A później?
Później okazało się, że przyjemna bryza chłodząca nas podczas spacerku uciekła w siną dal, 
więc by spokój mieć święty i oczy nacieszyć radością dzieciaczków, 
ciesząc się przy tym że tak prozaiczna rzecz jak miska z wodą frajdę taką przynieść mogą ... 
postawiłam takową przy drzwiach balkonowych.
 A co na to dzieci? 
Zobaczcie sami! 






















Później było jeszcze lepiej, bo maluszki stwierdziły że chlapanie nie wystarczy, 
więc wsadziłam golusieńkich do misek i szaleli ...!!! 
Wszyscy w pobliżu przy okazji darmowe chłodzenie mieli :P
Ale tu zdjęć nie dam :) 
Możecie sobie wyobrazić tą radość dwóch golasków, 
pluskających się na świeżym powietrzu. Golusieńkich jak ich Pan Bóg stworzył :)

środa, 19 czerwca 2013

Mamo, boję się!

Mamy kolejną kąpiel bez płaczu! 
Czyżby to już? 
Udało się? 
Mamy spokój?
 Czy Oskarek w końcu zaprzyjaźnił się z wodą?
 Zdecydowanie tak! 
Wczorajsza wieczorna kąpiel była tak radosna, wesoła i "mokra" że już wszystkie chcę takie! Nie będzie już sztywnienia gdy tylko stópki dotkną wody! 
Nie będzie wrzasku na widok brodzika! 
Nie będzie wyrywania się, prób schowania się przed wodą w maminym dekolcie! 
Nie będzie trzy sekundowych kąpieli! 

Jak ja się cieszę!

Wiele z Was boryka się pewnie z fobiami waszych dzieci. 

Boją się pralki, boją się wody, trawy, miksera czy kota. 
Mają prawo! 
To wszystko jest dla nich nowością i mają prawo się bać. 
Każdy dźwięk, każde odczucie, każda twarz jest dla nich nowa. 
Każdego dnia poznają świat, uczą się miliona nowych rzeczy i miliny bodźców na nie działają. 
To wszystko jest nowe, obce, inne. 

Co zrobić by nauczyć ich akceptacji?

 By poznały, zaakceptowały i oswoiły się z tym, czego się boją?
 Co ja zrobiłam, że Oskar przestał bać się wody? 

Przede wszystkim, nic na siłę! 

Zgadnijcie, jak oswajałam Oskara z wodą? 
Co robiłam, gdy wyrywał się i nie chciał usiąść w wanience?
 Nie sadzałam go. Po prostu. Ba, nawet nie stawiałam!
 Po prostu nie kąpałam. 
Nie, nie trzymałam dziesięć miesięcy brudnego dziecka w domu :)
Odkręcałam kran, brałam na ręce, moczyłam ściereczkę i bez wkładania do wody myłam. A w międzyczasie, tak mimochodem, to stópkę po strumień wody wkładałam, to rączkę, by poczuł lecz by nie zdążył się wystraszyć. 
W pewnym momencie zauważyłam, że zamiast się wzdrygać, zaczyna go ciekawić co ta woda z rączką, z paluszkami robi, jak fajnie leci między palcami, jak trudno ją złapać.
 Pozwalałam na takie zabawy, choć po takim myciu przeważnie wychodziłam bardziej niż on sam mokra.
 Dziecko do wszystkiego musi się przyzwyczaić, musi się oswoić.
 Kolejnym etapem, również długotrwałym było obserwowanie, jak reszta rodzeństwa pluska się w brodziku. 
Kucaliśmy nieopodal, na "bezpieczną" odległość i patrzyliśmy. Ja co jakiś czas czerpałam ręką wodę z brodzika i polewałam nią nogi Oskarka. 
Powoli oswajaliśmy się z brodzikiem, z wodą, z kąpielą.
 Choć już na tym etapie myślę że mogłam próbować go sadzać, nie chciałam go spłoszyć. Chciałam, by sam odczuł potrzebę dołączenia do roześmianej, chlapiącej się gromadki. 
Przez kilka dni, gdy inni się kąpali, kucałam z Oskarkiem na rękach przy samym brodziku. Starałam się przy tym, by jego stopy dotykały wody. 
Tak, kusiłam dziecko zabawą! 
Inni szaleli, chlapali się, śmiali się w głos, a on siedział u mamy na rękach i patrzył. I tylko namiastkę pozwalali poczuć. 
I nastał w końcu ten dzień, gdy tak jak zwykle przy brodziku kucnęłam, a Oska wyrywać się zaczął. Zły na mnie, starał się sięgnąć do wody. Postawiłam go więc w brodziku, a on znieruchomiał - niespokojnie patrząc na stopy. Gdy Janek chlapnął wodą, Oskar próbował tak samo i ... usiadł. Pierwsza prawdziwa spokojna kąpiel była próbą. Janek posadzony jak najdalej, dziewczyny dostały zakaz chlapania (Tak, często kąpię dzieci razem!) a Oskar siedział z rękami nad wodą i tylko oczy miał ruchome. Do czasu aż mu gumowej krowy do brodzika nie wsadziłam :P 
A później?
 Później to już było z górki! 
Wczoraj, po raz pierwszy, Oskar sam, dobrowolnie zaczął chlapać.
 Ba! 
Tak mu się to spodobało że i cała łazienka dostała. 
Za karę! Za te dziesięć miesięcy bez przygód! Bez frajdy!
 Bez radości z kąpieli! 
Po wczorajszym wieczorze, mogę w końcu powiedzieć, że moje dziecko nie boi się wody. 
Choć od trzech tygodni sadzany już był w wodzie, 
to dopiero wczoraj zyskałam pewność. 
I strasznie jestem z tego dumna!

Fobie, lęki, które nam wydają się błahostką, często dla dzieci są na prawdę dużym problemem.  Nie bagatelizujmy go, nie ignorujmy ale pomóżmy przezwyciężyć. 
Powoli, małymi kroczkami damy radę! 
Jestem wykąpany !! 


niedziela, 16 czerwca 2013

Roksanka

Nie lubię domowych porządków! 
A wy lubicie? 
Zaraz północ, a ja rozglądając się po domu stwierdzam, 
że jak bym dziś nie kiwnęła placem to i tak mieszkanie wyglądało by tak samo ... . 
Od rana porządki, obiad, porządki, kolacja, porządki, usypianie ...
 i dalej mam w domu bałagan. 
Ehh. Ciężkie jest życie mamy. 
I to niezależnie od tego ile ma się dzieci. 
Czasem jedno dziecko potrafi nabałaganić tak, jak by co najmniej cały oddział przedszkolny przemaszerował przez dom. 
Moje dzieci są tego znakomitym przykładem. 
A największym autorytetem w tej kwestii jest Roksanka. 
Nie wiem czy nauczę ją kiedyś, żeby po sobie sprzątała ... jej zabawy są tak ... nieskoordynowane? 
Co dwie minuty bierze nową rzecz, 
co chwila coś innego a poprzedniej zabawki oczywiście na miejsce nie odłoży, bo po  co, przecież za chwile będzie się nią bawiła!
 Z ubraniami jest tak samo. 
Kocha się stroić, przebierać, ale ubrania które zdejmuje najczęściej rzuca tam gdzie stoi.
 Mówimy, tłumaczymy, rozmawiamy, pokazujemy, 
wskazujemy zabawki jako jeden z głównych powodów jej urazów 
(wiecie, potknięcie się o lalę, stanięcie na klocka, kredkę, połamanie foremki której się nie zauważyło ... ) Ale jakoś nie możemy na nią wpłynąć. 
Ona po prostu ma chyba tyle myśli w głowie, że nie nadąża sama za sobą :)
Ale ćwiczymy, uparta jest mama i gdacze co chwila, bo jak nie zagdacze to Roksanka nie zrobi. 
Ale ile bym na nią nie narzekała, to i tak muszę stwierdzić, że bez niej miałabym dużo gorzej.
 To ona pilnuje chłopców i Oli, gdy ja szykuję obiadek, 
to na odciąga od moich nóg chłopców, gdy idę z talerzem zupy 
i nie zdążę umknąć przed sprytnymi łapkami chłopców,
 którzy zaraz stają przy moich nogach próbując sięgnąć jak najwyżej. 
To ona urządza przedstawienia, pokazy mody, tańców, wymyśla wierszyki które potem namiętnie recytuje naszej małej widowni. 
Mąż mój swój prezent na Dzień Ojca dostał w chwili, gdy Roksanka po raz pierwszy zobaczyła reklamę z Oreo. 
Sama, bez niczyjej pomocy, w tajemnicy przed wszystkimi przygotowała laurkę dla Tatusia ... . 
To wspaniała, bardzo ufna względem innych dziewczynka. 
Czasami mnie to martwi. 
Bardzo martwi. 
Ona nie boi się obcych, nie wstydzi się. 
Każdego wita jak domownika, od razu zasypując gradem pytań i zapraszając na nocleg i posiłek ... . 
Każdy jest "Swój", każdy to wójek, ciocia ... rodzina. 
I wiem, niestety wiem, że to moja wina. Za szybko poszłam do pracy, za wiele miała opiekunek, gdyż każda się godziła, by to dniu, tygodniu stwierdzić, że jej jednak za ciężko ... 
W sumie, zanim znaleźliśmy dopowiednią dla niej opiekę, Roksanką zajmowało się sześć osób. 

I jak ja mam teraz nauczyć ją dystansu do obcych? 
Jak pokazać, że nie każdy jest swój, 
że na świecie nie ma tylko wójków i cioć,
 że gdzieś tam, może czychać na nią niebezpieczeństwo?
 Jak obronić ją przed potencjalnym zagrożeniem? 
Jak naprawić swój błąd?



poniedziałek, 10 czerwca 2013

Cholera

Takie miałam wielkie plany ... od kilku dni układałam już sobie w głowie, co napiszę, jak przedstawię ten wczorajszy dzień ... i jak będzie pięknie, jak będzie wspaniale - bo festyn wczoraj u nas i zabawy mnóstwo i czyste szaleństwo ...

Lipa. 

Dziewczyny w narzekaniu przeszły same siebie, żądając coraz to nowych atrakcji (wszystkich płatnych) coraz to nowych zakupów ...( kto widział balony za 15 zł!!!??? Poszaleli wszyscy czy jaki czort?)  i rycząc co kawałek ... bo to, a tamto i to i tamto ... i w sumie na festynie spędziliśmy całe pół godziny ... po czym uciekliśmy do domu. 

Nie ten dzień, nie te humory, nie te nastroje i jakoś tak ... no lipa po prostu. Nawet zdjęć nie mam ... bo zamiast relaksować się to ciągle szukałam Roksany wzrokiem, bojąc się że zaginie gdzieś w tłumie ludzi kulających się z kuflami  w połowie wypełnionymi piwem.  

Wierzę oczywiście że dla masy ludzi impreza była udana bo w sklepie ani lepszej wędliny, ani grama jajek ani surówki nie zastaniesz ... będą po szesnastej. Ehh ... nijak to się ma do mojego na 14 obiadu zaplanowanego. Będę musiała gulasz zrobić albo potrawkę schaba mojego przy tym marnując ... bo musi być dzisiaj akurat zrobiony ...

Zabawa podobno trwała do rana - nie wiem. Z tych nerwów z tej złości i jakiegoś takiego niepokoju razem z dziećmi zasnęłam i o 21 nie było już mnie wśród żywych. 

Aczkolwiek przy porannych zakupach zauważyłam i odnotowałam znacząco mniejszą aktywność mamuś i większe niż co dzień migracje płci męskiej z napojami maści różnej - o dziwo bez procenta. Czyli tego było aż nad to. 

Ale cel był szczytny, Wszak na szkołę do której moja latorośl od września śmigać będzie zbierane było! 

Jedna mnie tylko nachodzi refleksja ... kagańce im kupić i smycze już na zaś sobie sprawić? Czy odpuścić takowe imprezy na lat co najmniej kilka aż dziatwa moja rozumniejsza ciut będzie? 

Roksana to w ogóle pobiła rekord w podnoszeniu mi ciśnienia ... to że ganiała wszędzie jak kot z pęcherzem tego się domyślacie pewnie ... że wioska nie duża to i ludzie znani - też norma. Ale żeby moje dziecko do innych podchodziło pytając o pieniądze? Bo mama i tata mi nie dadzą a ja chcę ... toż jak to usłyszałam zupełnie przypadkiem zresztą to myślałam że wtłukę! Na prawdę! Miałam przemożną ochotę wziąć ją, przełożyć przez kolano i tak dupę przetrzepać ... jedyne co zrobiłam to przeprosiłam zaczepianą osobę, bez słowa złapałam Roksanę za rękę, przez zęby rzekłam  - wychodzimy - i wyszliśmy. Tak, tak marudzenie u dzieci jeszcze znieść można, odmowa uczy - że nie zawsze wszystko i wtedy kiedy się chce ... ale że dziecko moje na pomysł wpadnie żeby innych o pieniądze prosić ... nie wpadłabym. Rodzina - ok. Ciocia, Wujek, nie wolno ale do przeżycia - zwłaszcza że wiedzą że dawać nie mają i nie dają. Ale do obcych ludzi, bo rodzice nie dają ... ehh ... szkoda gadać w  ogóle. 

Tylko niesmak jakiś taki do dzisiaj siedzi i gorycz taka ... bo miało być tak pięknie ... a było ... 

niedziela, 9 czerwca 2013

Sobotnie zabawy :)

Ach, co to była za sobota :)
Od rana na chodzie, pełną parą, byle szybciej :) 
Do dwunastej miałam czas by poprać, posprzątać, i zrobić wszystko to, co robi się w soboty :)
Jako że mąż mój dziś do 14 w pracy siedział, średnio mi to wyszło
, bo mama daj, mama am, mama kupa, mama to, mam tamto, 
a tu miotła, ścierka, gąbka ... i tak biegałam z kąta w kąt wszystko zaczynając a kończąc niewiele ...
 o dwunastej był już po nas Tato mój, zabierając nas w odwiedziny do siebie :)
 Ja to mam dobrze :) 
Nie dość że się goszczę, to jeszcze przyjeżdżają po mnie :P
Byliśmy więc u rodziców, a że pogoda ładna, gorąco, słonecznie, to wspólnie na działkę wyruszyliśmy by wśród zieleni po południową kawkę wypić. 
Dzieciaczki wyszalały się po wszystkie czasy, wyskakały, wybiegały ... 
Janek próbował oswoić się z trawą, próbował dzielnie i nawet odważył się po niej poraczkować
. No, raczkowaniem tak na prawdę bym tego nie nazwała bo bardzo się starał, by kolana jego ziemi i trawy nie dotykały. 
Widok był przekomiczny! 
Oskar zaś z uporem maniaka próbował dostać się do piaskownicy lub do oczka wodnego. 
Ma nawet za sobą próbę wejścia po schodach!
Próby wejścia na trampolinę nie musieli robić, bo okazało się że jeden i drugi doskonale to potrafią i bez prób, za to w tempie dla mnie osobiście nie do przyjęcia :)
W domu byliśmy przed dziewiętnastą, ale tylko w cudzysłowiu, 
bo zaraz kosiarka poszła w ruch i ogródek nasz próbowaliśmy do ładu jakiegoś doprowadzić
. Chłopcy w tym czasie starali się skosztować kamieni, trawy, piasku i koniczyny na zmianę, dziewczynki zaś biegały, szalały - jak to one :) 
Olunia na boso,
 Roksanka z doniczką na głowie
 i tylko żałuję że telefonu ze sobą nie miałam, tak przekomicznie wyglądały :) 
Do domu dopiero około 21 wróciliśmy, by szybką kąpiel maluchom organizować, nakarmić je i ululać. Teraz śpią, wyganiane, wyhasane ... i oby spały już do rana :)
Olunia
Roksanka
A Wam jak minęła sobota? 


Janek próbuje oswoić się z trawą :)
 Dla złagodzenia przeżyć najlepsze jest oczywiście ciasteczko :D



Dziewczynki szalały na trampolinie :)


Dzięki temu, przy małej pomocy Cioci Agi
nawet Ola sprawnie boksowała

Wujek Adaś udostępnił dziewczynom worek treningowy
I instruował je jak należy na nim ćwiczyć

Chłopcy jakwidać zadowoleni :)
I mimo że Janek siedzi nie dotykając nogami podłoża ...
To jednak siedzi na trawie i się cieszy :D

I po co zatrudniać masarzystę?
Ogrodowe Spa wita!
Kącik z oczkiem wodnym :)
Mimo że malutkie to nawet rybki pływają :)


Ja wchodzę ...!
Drzemka w czasie powrotu do domu nie trwała długo,
ale w sam raz,
by zregenerować siły przed wypadem do ogrodu :)



wtorek, 4 czerwca 2013

Spacerkiem po linie

Gdańskie ZOO, oprócz standardowych atrakcji, ma dla zwiedzających ciekawą propozycję. W środku ZOO jest wyznaczony teren, na którym znajduje się Park Linowy. 

Niestety, możliwość skorzystania z niego, wiąże się z dodatkową opłatą.  Ceny zaczynają się od 10 zł w górę, ale np. maluszki (no tak od 3 roku życia myślę, sprawniejsze od drugiego) mają w cenie trzy przejścia. 

Ja dostawałam zawału na widok już tego toru dla najmłodszych o innych trasach nie wspominając.  Ale Roksanka szła dwa razy, mój brat szedł trasą dla początkujących (ale dla starszaków) i oboje byli zachwyceni i chcieli jeszcze ... tylko ja tak strachliwa jestem że zawału dostawałam na sam widok ... 

Pierwsze przejście zajęło Rosance ... około 20 minut!! Ale szła powoli, ostrożnie, za pierwszym razem cofnęła się, ale gdy wujek B. zapytał czy wobec tego kończymy, stwierdziła że to był tylko trening i jednak idzie dalej.

 Cała trasa dla najmłodszych jest do max dwóch metrów nad ziemią, zabezpieczona siatką, tak że nic się dzieciom nie stanie. Na miejscu czuwają instruktorzy, a rodzice mogą iść z maluszkami (opiekun idzie za darmo) co niektórzy rodzice robili :)

Trasa dla początkujących starszaków dla porównania jest dwa do ośmiu metrów nad ziemią o następnych poziomach nie wspomnę ... każdy przed wejściem przechodzi szkolenie pod okiem instruktora, i to on na prawdę decyduje, czy puści nas na daną trasę. Ma prawo odmówić, jeżeli widzi, że ktoś nie da rady. Instruktorzy są bardzo rzeczowi nie szczypią się z ludźmi. Byłam świadkiem, gdy młoda instruktorka ochrzaniła dorosłego mężczyznę za to, że nie użył na wejściu dwóch zaczepów! (Konieczne są podwójne!!) Ale wiadomo - bezpieczeństwo przede wszystkim!!

A oto kilka fotek :)

No dobra ... kilkanaście :P 

Przejście po sznurach (oczywiście zabezpieczone siatką :)) 
trasa maluchów
Jako przeszkody tu piłki (takie duże, jak do skakania) i hula hop ...
czyli idziemy pod i w środku ... trasa maluchów
Przejście z przeszkody do przeszkody i przepięcie zaczepów
 trasa dla początkujących
spacer po linie ...
 tu jakieś cztery metry nad ziemią  trasa dla początkujących
zjazd po linie to dla każdego frajda :) trasa dla początkujących
Chyba najwyższy punkt na trasie ... do ziemi 8 metrów ... 
To już fragment prawie przy końcu trasy dla początkujących
A to ja sama i Janek :) w tle Rodzice chrzestni Janka :))

Tu przejście po belce i tor przeszkód ... trasa maluchów
Tutaj lepiej widać przeszkody :) Roksanka super sobie radziła
 i była mega ostrożna :)
Trasa maluchów
Trasa z piłkami i Hula Hop ... oj nie jest to łatwa sprawa
Jeden z trudniejszych momentów, czyli przejście po siatce,
żeby dojść do następnej przeszkody trzeba ominąć piłkę ...
Z tą przeszkodą dzieci radziły sobie rewelacyjnie ...
to co widzicie to beczka, na trasie są takie dwie ...
zasada - przeczołgać się w środku, dla dzieci była jasna,
rodzice za to patrzyli z przerażeniem ... czy się zmieszczą
a górą przejść nie sposób bo siatka tak zaszyta, że tylko beczką dało radę ...
Moja zdolniacha na końcu trasy :)) 
Widzicie ten uśmiech? Ale wciąż skupiona :)
Musiałam dodać to zdjęcie,
jeden z etapów trasy dla zaawansowanych - przejazd rowerem !! po linie ...
bez komentarza ...
Wysokość od ziemi? Nie wiem ... może z dwadzieścia metrów ...
I co myślicie o takich atrakcjach? Puścili byście swoje dzieciaczki? A może sami byście poszli?
Jeżeli macie chęć odwiedzić Gdańskie ZOO, a wasze dzieciaczki uwielbiają atrakcje ruchowe, weźcie ze sobą więcej gotówki i zabierzcie dzieciaki do parku. Będą zachwycone!!